Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrazy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obrazy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 sierpnia 2016

Out of the blue, czyli spontaniczny wyskok w zielone (+ drewniane)

Skoro z zapowiedzi
nie wychodzi
za wiele,

może pora
by zawczoraj-
szą opisać niedzielę.

Ślicznie-spontanicznie,
pospiesznie, od razu,
nim co ważne zrazu,
umknie dynamicznie

(lub: umknie, dodając gazu ;)

Wybaczcie, moi drodzy, ten niekonwencjonalny wstęp. Zostałam ostatnio poproszona o napisanie czegoś śmiesznego dla pewnej artystki, która chciałaby zaprezentować owo "coś" na scenie... Zatem, w ramach rozgrzewki, postanowiłam przetestować na Was formuły lekkie, komediowe i wierszowane - c.d.(być może)n., ale póki co będzie o czymś innym...

Przedwczorajsza niedziela w aspekcie pogodowym zapowiadała się niezbyt korzystnie, miały się pojawić przelotne deszcze i burze. Mając żywo w pamięci wcześniejszy week&, kiedy to z przelotnego deszczu zrobił się opad ciągły, a ja z Gorców - zamiast pięknych zdjęć (zapomniałam aparatu) - przywiozłam sobie zapalenie zatok, czułam zdecydowany odpływ entuzjazmu wobec jakichkolwiek form aktywności, wymagających wynurzenia się z domu.

Ponadto nikt spośród moich znajomych jakoś nie palił się do towarzyszenia mi przy realizacji pomysłu, który zrodził się w czerwcu, kiedy to zobaczyłam program tegorocznego festiwalu Muzyka Zaklęta w Drewnie. Od początku wiedziałam, że 14 sierpnia to będzie dla mnie kulminacyjny punkt programu, od dawna kombinowałam, co zrobić, aby znaleźć się tego dnia w pobliżu Brunar Wyżnych - z perspektywy Krakowa to absolutny koniec (małopolskiego) świata, od tygodnia męczyło mnie przeziębienie, od którego miałam wszystkiego dość...

Na szczęście znalazła się Osoba, która - dość niespodziewanie - miała tego dnia wolny czas do zagospodarowania, zapał by znaleźć się w Brunarach nie mniejszy niż ja, na dodatek nie miała w ostatnim czasie zapalenia zatok i nie chciała słyszeć żadnych protestów, obiecała natomiast poprowadzić mój samochód, jeśli nie czułabym się na siłach.

Siły co prawda wróciły, oddałam jednak kierownicę w dobre ręce, rozkoszując się moją ulubioną pozycją w samochodzie - tj. pilota na siedzeniu pasażera, z wielką płachtą papierowej mapy na kolanach ;) I tak oto, przezwyciężywszy poranny "opór materii", korek na "zakopiance", paraliż drogowy w Mszanie Dolnej oraz zwinięty asfalt w okolicach Nowicy, ok. godziny 14.00 znalazłyśmy się na Przełęczy Małastowskiej. Stąd już tylko kilka minut dzieliło nas od...


... schroniska na Magurze Małastowskiej, które chwilowo zostawiłyśmy z boku, wędrując dalej w stronę szczytu.

Uwaga, od teraz będę pleść trzy-po-trzy ;)

To była moja trzecia wizyta w tym schronisku (licząc jako jedną dwudniowy pobyt podczas Spotkań Teatralnych InNowica) - nigdy wcześniej nie udało mi się jednak dojść na szczyt (dodam, że oddalony od schroniska o jakieś 10 min).

Pod szczytem Magury Małastowskiej położony jest cmentarz wojenny nr 58, na którym spoczywają polegli w czasie I wojny światowej Austriacy i Rosjanie. Zrobiłam tam trzy zdjęcia:




Ze szczytu udałyśmy się dalej przez zielony las, zielonym szlakiem w kierunku Bielanki. Zdjęć na trasie powstało kilka, wybrałam dla Was trzy:




Uszłyśmy mały, ok. półgodzinny kawałek drogi, niestety czas naglił i szybko trzeba było zrobić w tył zwrot. Wracając, nie omieszkałyśmy oczywiście zajrzeć do schroniska, aby posilić się tamtejszymi specjałami - jeśli gospodarz mówi, że jego pasją jest gotowanie, to z pewnością mówi prawdę ;)

Z Przełęczy Małastowskiej krętymi, wąskimi, dziurawymi i niezwykle malowniczymi drogami udałyśmy się w stronę Brunar, do dawnej cerkwi greckokatolickiej pw. św. Michała Archanioła, a obecnie kościoła pw. NMP Wniebowziętej, na niezwykły koncert - koncert trzech fenomenalnych głosów, które po raz drugi połączyły się we wspólnym programie.

Zaprezentuję je Wam kolejno, każdy z osobna i każdy w "drewnianej" oprawie:




Połączyć w jedno musicie je sobie sami - póki co nie ma nagrań z ostatniej niedzieli, choć mam cichą nadzieję, że coś się pojawi.

A na setliście znalazły się m.in.:





Resztę pozostawiam Waszej wyobraźni. Jeśli pojawią się jakieś nagrania z niedzieli, postaram się o aktualizację :)

20.01.2017 - jest aktualizacja :)

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

W tym roku góry jakieś takie...

Znów jest gorąco. Zdecydowanie za gorąco jak dla mnie, co podkreślam w sposób szczególny ;>

Kończy się sierpień, kończą się wakacje (podobno były jakieś wakacje), a ja robię bilans ostatnich tygodni. Wytypowałam cztery fronty (żaden atmosferyczny), na których jest u mnie kiepsko i nad którymi trzeba będzie w najbliższym czasie popracować.

Z bilansu ostatnich tygodni wynika jasno, że trzy (ale za to jednodniowe ;P) podjęte w tym okresie próby wytknięcia nosa poza Kraków (z czego dwie w góry), nie wniosły do mojej biografii żadnych spektakularnych dokonań.

Prób wytknięcia nosa poza mieszkanie nie liczę, ale w sumie było ich niewiele więcej... Barykady z żaluzji i rolet okazały się całkiem skuteczną ochroną przed upałem, z której jedynie z rzadka zdarzało mi się rezygnować.  

Ech, w tym roku góry jakieś takie... chciałoby się rzec, nie powiem czyimi słowami. Myślę, że łatwo się domyślicie ;)


Lipcowa próba przejścia Doliną Kieżmarskiej Białej Wody do Białego i Zielonego Plesa zakończyła się "spływem" ze szlaku w kaskadach deszczu (tak, tak - był jeden deszczowy dzień tego lata...)


Temu deszczu ;) towarzyszyła burza, która była uprzejma spać na nas z chmury, która to chmura - nie wiedzieć czemu - początkowo nie wzbudziła  naszych najmniejszych podejrzeń ;>


Sierpniowa próba popatrzenia na zieleń inną niż krzaki za oknem sprowadziła się natomiast do obejrzenia Giewontu...


 ... z perspektywy Polany Strążyskiej (całe 40 minut w jedną stronę) ...


... oraz wypicia herbaty i spożycia słynnych naleśników w jeszcze słynniejszej herbaciarni Parzenica [tamże ;]. Muszę przyznać, że podpisuję się pod wszystkimi zachwytami na temat tego miejsca, które zdarzyło mi się przeczytać :)

Ech, w tym roku góry jakieś takie...
I sezon wakacyjny też w ogóle jakiś taki...
Nie najlepszy.

A i ten post jakiś taki - jakoś tak bez natchnienia,
na zakończenie wakacji, których nie było.

B(ez) przekonania, ale za to z kropką ;)
B.

PS. Pisząc, popijam z gwinta resztkę wody zaczerpniętej ze Strążyskiego Potoku... Takie smaki lata w wydaniu minimalistycznym ;)

środa, 24 czerwca 2015

Noc Kupały

Moja ostatnia doba była była absolutnie niestandardowa jeśli chodzi o chronologiczny rozkład aktywności (lub jej braku). Podzieliły ją dwa krótkie okresy snu - kilka godzin poprzedniej nocy oraz kilkukrotnie za długa "drzemka" ostatniego popołudnia. Ostatni raz wstałam z łóżka około 21.30. W sumie to poderwałam się z niego z przerażeniem w oczach, uświadomiwszy sobie zaskakujący fakt, że oto jest już prawie zupełnie ciemno... Skąd ciemno, skoro powinno być późne popołudnie?

Teoretycznie miałam zamiar szybko powrócić do przerwanej drzemki, przekształcając ją w zasłużony (tak, tak - absolutnie zasłużony ;) nocny spoczynek. Ku swojej zgubie udałam się jednak na chwilę do kuchni, gdzie - po raz kolejny tego dnia z przerażeniem w oczach - odkryłam, że czeka na mnie cały kontyngent truskawek do przetworzenia.

Ech, cóż było robić. Zabrałam się za te truskawki... W Jedynce redaktor Małgorzata Kownacka i ksiądz Krzysztof Ołdakowski rozmawiali o Nocy Świętojańskiej - Nocy Kupały, Sobótce, Kuplanocce, Palinocce (byłam zaskoczona mnogością nazw tego święta). Skończyli niedawno. Ja dużo wcześniej rozprawiłam się z truskawkami, ale jakoś tak się zasłuchałam...

A kiedy tak słuchałam przyszło mi do głowy, że dziś jest najlepszy dzień... znaczy się - noc ;) ku temu, aby zaprezentować Wam pewien, dość ważny dla mnie zespół - jeden z pierwszych z nurtu muzyki folk, którego twórczość miałam okazję poznać. Ostatnie dokonania tej grupy niekoniecznie odpowiadają moim muzycznym preferencjom, z sentymentem wspominam jednak dość dawne już, studenckie czasy, początki mojej fascynacji muzyką inspirowaną folklorem i żywiołowe koncerty Żywiołaka.

Korzystając zatem z najlepszej ku temu okazji chciałabym zaprosić Was do posłuchania kilku pieśni kupalnych w wykonaniu Żywiołaka w jego najlepszym wcieleniu - podkreślę, że chodzi tu o wcielenie zespołu, nie zaś o mityczną istotę, wcielenie żywiołu ;)




No i jeszcze moje ulubione "Latawce"


... i wcale udana muzyczna adaptacja wiersza Bolesława Leśmiana "Świdryga i Midryga", uzupełniona pląsającą wizualizacją ;)


Pisząc o Żywiołaku nie mogę nie wspomnieć o pewnej szalonej wyprawie z lipca A.D. 2008 do Pyskowic, gdzie podczas festiwalu "Dybuk na kultur rozstajach" grał między innymi Żywiołak.



Zdjęcia zrobione moim pierwszym cyfrowym aparatem - model Canon Ixus i5. Do dziś zaskakuje mnie co udawało się wykrzesać z tego maleństwa ;) Na scenie co prawda nie Żywiołak, tylko - o ile dobrze pamiętam - Masala Soundsystem. Któż by jednak o tej porze zwracał uwagę na takie szczegóły ;)

Już świta... dobranoc!

niedziela, 17 maja 2015

Krooo... qs qs qs qs

Jak się woła na krokusy? Oczywiście po to, aby je zmotywować do wyjścia? Pomysłów było kilka, ale raczej żaden z nich nie okazał się skuteczny, bowiem moja - znana i lubiana - ekipa turystyczna, która wybrała się na krokusowe łowy w po-łowie (!) kwietnia, zamiast połaci fioletu zastała na Turbaczu zwały bieli ;> A przecież w ubiegłym roku były już w marcu...

Cóż, przynajmniej nie musiałam aż tak bardzo żałować, że mnie na tym Turbaczu nie było ;) Kierując się najświeższymi doniesieniami z tatrzańskich szlaków postanowiłam za to zweryfikować liczebność krokusów w Dolinie Chochołowskiej niespełna dwa tygodnie później. Wzięłam filetowych złośliwców z zaskoczenia i wybrałam się do nich w czwartek, 23 kwietnia.

Jak to zazwyczaj bywa, kiedy jedzie się samemu, pięć razy przemyślałam czy aby na pewno jest to dobry pomysł... Zanim dotarłam na Siwą Polanę było już zatem dobrze po południu. Zważywszy na porę dnia i tygodnia, byłam szczerze zaskoczona liczbą amatorów fioletowego szaleństwa.

No ale nie na amatorach fioletowego szaleństwa chciałam się skupić, tylko na fioletowym szaleństwie sensu stricto. A jako że maj to dobry miesiąc na sypanie kwiatków, postanowiłam sypnąć Wam trochę zaległych, fioletowych zdjęć :)

Miłego oglądania!


































I tak oto filetowy zawrót głowy dobiegł końca :)

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Zimowy gorczański spacer

Dziś (jest sobota, kiedy zaczynam do Was pisać, trudno wszakże przewidzieć kiedy skończę ;) odbyła się trzecia z serii wypraw w ramach minimum turystycznego. Mnie, jak widać, na niej nie było ;> Siedzę w domu i kuruję zatoki (już trzeci raz w tym sezonie), łagodnie pogodzona z losem i cierpliwie czekająca na lepsze czasy.

Takie siedzenie w domu ma jednak pewne + + (plusy - przyp. aut.) - z braku ciekawszych zajęć człowiek bierze się do pisania zaległości ;) Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, przedmiotem dzisiejszej prezentacji będzie lutowa wycieczka w Gorce...

Ech, dziś (sobota - przyp. aut.) też były Gorce... Ale ja wcale się nad tym zanadto nie zastanawiam, ani wcale za bardzo nie żałuję...! Zwłaszcza, że dziś (niedziela - przyp. aut.) otrzymałam raport z wyjazdu, z którego jasno wynika, że większość krokusów siedzi jeszcze pod śniegiem.

No dobrze, ale wróćmy do meritum, czyli do lutowej wycieczki w Gorce, a konkretniej - do zimowego gorczańskiego spaceru (nazywajmy rzeczy po imieniu ;) z Koninek do Rabki przez Stare Wierchy i Maciejową. Dość regularnie zdarza mi się odwiedzać Gorce, mimo wszystko nadal pozostało tam wiele miejsc, do których nie udało mi się jeszcze dotrzeć. Koninki były dotąd jednym z nich.

Koninki to urokliwa miejscowość, położona na końcu... no dobra, nie świata ;) Na końcu drogi zaledwie, ale to wystarczy, żeby stworzyć odpowiedni klimat. Byłoby cicho i spokojnie gdyby nie jeden drobny szczegół; w sezonie zimowym w Koninkach występuje miejscowy wysyp narciarzy zjazdowych.

Jest gęsto i gwarno, wobec czego szybko decydujemy się na opuszczenie rejonu dolnej stacji kolejki - na dodatek kolejką właśnie ;) Żeby nie było, ostrzegałam! Dziś będzie opowieść o spacerze, a nie o jakimś ekstremalnym wędrowaniu przez zaspy.

Okoliczności sprawiają, że aparat udaje mi się wyciągnąć z plecaka dopiero na górze. Próbuję nadrobić zaległości i sfotografować moją szybko oddalającą się ekipę. Nie bardzo podoba mi się ten kadr...


... zanim jednak zdążę "przeorientować sprzęt", moje towarzyszki (w liczbie ośmiu; notujemy ostatnio wzrost popytu na week&owe wyjazdy) już znikają z pola widzenia.


Decyduję się zatem jedynie na szybki ogląd okolicy...


... poświęcam krótką chwilę na pewien urokliwy detal...


... i pędzę... za ni-mi... ale... i... tak... będą mu-sia-ły... na mnie... za-cze-kać... - pierwszy, z pewnością jednak nie ostatni raz podczas naszej wędrówki (taki już los moich towarzyszy ;)

W okolicy tego dnia jest zdecydowanie więcej narciarzy niż turystów pieszych...


... choć i ci drudzy pozostawiają ślady swojej bytności ;)


Dokoła moooooorze śniegu...


 ... góóóóóóóóóry śniegu - jest cudnie!


W końcu nadchodzi czas, kiedy wchodzimy w las ;)

Śnieg w zacienionych miejscach ulega lekkiemu przekolorowaniu (wszelkie nauki teoretyczne o ustawianiu balansu bieli chętnie puszczę mimo uszu, a udzielającego ich poproszę o zastosowanie swej mądrości w praktyce, na moim aparacie ;)


Tu i ówdzie, pomiędzy ośnieżonymi drzewami, przebija się zimowe słońce.



Infrastruktura drogowa na szlaku dźwiga brzemię zimowej scenerii ;)


Naruszam tę konstrukcję, czyniąc w niej kijkiem mały lufcik - i niech mi ktoś powie, że kijki w górach to zbędny dodatek ;>


Całkiem fajnie widać przez ten lufcik ;)


 Dokoła nie brakuje zresztą interesujących obiektów do sfotografowania.


Słowo daję, oczy tego stwora nie są dziełem mojego kijka ;)
No bo przecież widzicie tego stwora, prawda? Powiedzcie, że widzicie...

***
W taki oto, sympatyczny sposób, omijając Obidowiec ścieżką przyrodniczą (przypominam w tym miejscu po raz kolejny o spacerowym charakterze wycieczki), docieramy na grań, skąd rozciąga się widok na Tatry w pełnej, zimowej krasie...


... warto także poświęcić chwilę uwagi podłożu ;)


Później zostaje już tylko krótki kawałek trasy...


... i dochodzimy do schroniska na Starych Wierchach.

Babia Góra w tle prezentuje się nader atrakcyjnie - w naszym zacnym gronie powinnyśmy kiedyś zorganizować ekspedycję pt. "Baby na Babią" ;)


Wokół schroniska imponujące zaspy - kto zapoznał się z tym płotkiem poza sezonem zimowym wie, o czym mówię ;)


Prawie jak Manhattan ;)


A śnieg tak puszysty, że aż się chce w niego zanurzyć ;)


Dalsza droga w kierunku Maciejowej wygląda niemalże jak autostrada; ma chyba wysoki priorytet odśnieżania ;)


W dole widać pobielone śniegiem pola i łąki...


... za to na górze ilość śniegu jest przygniatająca...



... wręcz powalająca.


Zdarzają się oczywiście wyjątki, którym wszystko zwisa ;)


Maszerujemy dalej przetartym traktem - ośmielę się zauważyć, że szlak ze Starych Wierchów na Maciejową był odśnieżony lepiej niż niejeden krakowski chodnik w szczycie sezonu ;)


Po około godzinnym marszu wychodzimy z lasu (ponownie następuje zmiana kolorystyki)...


... i docieramy do Bacówki na Maciejowej...


... gdzie czeka już na nas nakryty stół ;)


... z cudnym widokiem na góry...


... oraz niezwykle sympatyczny, szeroko uśmiechnięty i wyjątkowo przychylny (przechylny?) gospodarz.


Widoczność jest więcej niż zadowalająca...


... a okolica zachwyca swoją różnorodnością.


W schronisku poświęcamy rozsądną ilość czasu na spożycie... Przy okazji okazuje się (!), że część z nas ma bardzo ściśle określone preferencje jeśli chodzi o ulubione pozycje z bacówkowego menu (jeżeli chcecie poznać moje zdanie, zdecydowanie rekomenduję pierogi ruskie). Nie spieszymy się zanadto, czekamy bowiem na zachód słońca, a ten powoli zaczyna się zbliżać... 


Krajobraz wokół zmienia barwy. Tatry na różowo - czemu nie? ;)



W bliższej perspektywie pojawia się zdecydowanie więcej złota i pomarańczu. 



 I jeszcze dalszą perspektywę trochę sobie "przysuwam"; na horyzoncie widać Wielki Chocz.


- Chocz do mnie, chocz - mówi Wielki Chocz za każdym razem, kiedy wizytuję Maciejową przy dobrej widoczności.

Nie ma siły, w końcu kiedyś trzeba się będzie tam wybrać ;)

Tymczasem słońce schodzi już coraz niżej nad linię horyzontu. Poświęcam temu procesowi dłuższą chwilę... i kilka(dziesiąt) kadrów ;)







 Bacówka na Maciejowej także pięknie się prezentuje w promieniach zachodu.


  Tymczasem słońce dotyka już linii horyzontu...





... aż wreszcie znika zupełnie za górami.

Ruszamy w kierunku Rabki. Jeszcze tylko ostatni, tęskny rzut oka w kierunku Tatr... 


... pożegnanie z bacówką...


... szczególne "dobranoc" dla Babiej Góry (w końcu było nas 9 bab ;)


... i tak oto kończy się nasz zimowy gorczański spacer :)

Podsumowując, tegoroczne zimowe wyjazdy w góry należały do typowo rekreacyjnych, zadając tym samym kłam teorii, że zimą w górach zawsze musi być ekstremalnie. Otóż, jak widać, nie musi. A na dodatek może być pięknie :)

... a tymczasem z soboty zrobił się poniedziałek ;)
Kończę więc - dobranoc! Dobrego tygodnia :)