Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dźwięki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dźwięki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 sierpnia 2016

Out of the blue, czyli spontaniczny wyskok w zielone (+ drewniane)

Skoro z zapowiedzi
nie wychodzi
za wiele,

może pora
by zawczoraj-
szą opisać niedzielę.

Ślicznie-spontanicznie,
pospiesznie, od razu,
nim co ważne zrazu,
umknie dynamicznie

(lub: umknie, dodając gazu ;)

Wybaczcie, moi drodzy, ten niekonwencjonalny wstęp. Zostałam ostatnio poproszona o napisanie czegoś śmiesznego dla pewnej artystki, która chciałaby zaprezentować owo "coś" na scenie... Zatem, w ramach rozgrzewki, postanowiłam przetestować na Was formuły lekkie, komediowe i wierszowane - c.d.(być może)n., ale póki co będzie o czymś innym...

Przedwczorajsza niedziela w aspekcie pogodowym zapowiadała się niezbyt korzystnie, miały się pojawić przelotne deszcze i burze. Mając żywo w pamięci wcześniejszy week&, kiedy to z przelotnego deszczu zrobił się opad ciągły, a ja z Gorców - zamiast pięknych zdjęć (zapomniałam aparatu) - przywiozłam sobie zapalenie zatok, czułam zdecydowany odpływ entuzjazmu wobec jakichkolwiek form aktywności, wymagających wynurzenia się z domu.

Ponadto nikt spośród moich znajomych jakoś nie palił się do towarzyszenia mi przy realizacji pomysłu, który zrodził się w czerwcu, kiedy to zobaczyłam program tegorocznego festiwalu Muzyka Zaklęta w Drewnie. Od początku wiedziałam, że 14 sierpnia to będzie dla mnie kulminacyjny punkt programu, od dawna kombinowałam, co zrobić, aby znaleźć się tego dnia w pobliżu Brunar Wyżnych - z perspektywy Krakowa to absolutny koniec (małopolskiego) świata, od tygodnia męczyło mnie przeziębienie, od którego miałam wszystkiego dość...

Na szczęście znalazła się Osoba, która - dość niespodziewanie - miała tego dnia wolny czas do zagospodarowania, zapał by znaleźć się w Brunarach nie mniejszy niż ja, na dodatek nie miała w ostatnim czasie zapalenia zatok i nie chciała słyszeć żadnych protestów, obiecała natomiast poprowadzić mój samochód, jeśli nie czułabym się na siłach.

Siły co prawda wróciły, oddałam jednak kierownicę w dobre ręce, rozkoszując się moją ulubioną pozycją w samochodzie - tj. pilota na siedzeniu pasażera, z wielką płachtą papierowej mapy na kolanach ;) I tak oto, przezwyciężywszy poranny "opór materii", korek na "zakopiance", paraliż drogowy w Mszanie Dolnej oraz zwinięty asfalt w okolicach Nowicy, ok. godziny 14.00 znalazłyśmy się na Przełęczy Małastowskiej. Stąd już tylko kilka minut dzieliło nas od...


... schroniska na Magurze Małastowskiej, które chwilowo zostawiłyśmy z boku, wędrując dalej w stronę szczytu.

Uwaga, od teraz będę pleść trzy-po-trzy ;)

To była moja trzecia wizyta w tym schronisku (licząc jako jedną dwudniowy pobyt podczas Spotkań Teatralnych InNowica) - nigdy wcześniej nie udało mi się jednak dojść na szczyt (dodam, że oddalony od schroniska o jakieś 10 min).

Pod szczytem Magury Małastowskiej położony jest cmentarz wojenny nr 58, na którym spoczywają polegli w czasie I wojny światowej Austriacy i Rosjanie. Zrobiłam tam trzy zdjęcia:




Ze szczytu udałyśmy się dalej przez zielony las, zielonym szlakiem w kierunku Bielanki. Zdjęć na trasie powstało kilka, wybrałam dla Was trzy:




Uszłyśmy mały, ok. półgodzinny kawałek drogi, niestety czas naglił i szybko trzeba było zrobić w tył zwrot. Wracając, nie omieszkałyśmy oczywiście zajrzeć do schroniska, aby posilić się tamtejszymi specjałami - jeśli gospodarz mówi, że jego pasją jest gotowanie, to z pewnością mówi prawdę ;)

Z Przełęczy Małastowskiej krętymi, wąskimi, dziurawymi i niezwykle malowniczymi drogami udałyśmy się w stronę Brunar, do dawnej cerkwi greckokatolickiej pw. św. Michała Archanioła, a obecnie kościoła pw. NMP Wniebowziętej, na niezwykły koncert - koncert trzech fenomenalnych głosów, które po raz drugi połączyły się we wspólnym programie.

Zaprezentuję je Wam kolejno, każdy z osobna i każdy w "drewnianej" oprawie:




Połączyć w jedno musicie je sobie sami - póki co nie ma nagrań z ostatniej niedzieli, choć mam cichą nadzieję, że coś się pojawi.

A na setliście znalazły się m.in.:





Resztę pozostawiam Waszej wyobraźni. Jeśli pojawią się jakieś nagrania z niedzieli, postaram się o aktualizację :)

20.01.2017 - jest aktualizacja :)

sobota, 16 kwietnia 2016

Zapowiedź

Wkrótce pojawi się coś więcej... Póki co - raport z trasy ;)


poniedziałek, 21 września 2015

Słowińsko-słowiańska "Zielna oktawa" z motywem żydowskim

Nie mogę nie wspomnieć, że "Zielna oktawa" dojrzewa u mnie już od ponad miesiąca. Soczysta zieleń za oknami zaczęła w między czasie powoli ustępować miejsca barwom jesieni. Zanim jednak pojawią się ewidentne oznaki tego procesu, moja "Zielna oktawa" w tonacji słowiańskiej i żydowskiej dziś w końcu rozpocznie proces fotosyntezy... Znaczy się - ujrzy światło dzienne (w godzinach, jak to zwykle u mnie bywa, nocnych ;)


Już raz, dawno temu, pisałam Wam o Joannie Słowińskiej. Skupiłam się wówczas na pieśniach z programu "Płaczcie anieli" - to było moje pierwsze świadome i zaplanowane spotkanie z artystką na żywo, podczas nocy Cracovia Sacra A.D. 2012 (pierwsze przypadkowe spotkanie miało miejsce kilka lat wcześniej, podczas 10. edycji festiwalu Rozstaje w 2008 roku). Zauroczyłam się to mało powiedziane. Brawurowe wykonanie wbiło mnie w stopnie konfesjonału, na których przysiadłam - początkowo nie tyle z wrażenia, co ze zmęczenia. Później jednak długo nie mogłam się z nich podnieść...


Od tego czasu kilkukrotnie zdarzyło mi się bywać na koncertach Joanny Słowińskiej. Rok później, także podczas nocy Cracovia Sacra, tym razem w Staniątkach, artystka zaprezentowała rodzinno-autorski program "Zielnik polski". Za sprawą aranżacji jej syna, Stanisława Słowińskiego, było zdecydowanie bardziej awangardowo i nowocześnie.


Kilka miesięcy później państwo Słowińscy zostali uhonorowani przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego: medalem "Zasłużony Kulturze Gloria Artis" oraz odznaką "Zasłużony dla Kultury Polskiej".

Z tej okazji odbył się w Małopolskim Ogrodzie Sztuki koncert "Archipelag". Oczywiście nie mogło mnie tam zabraknąć ;)


Po raz kolejny niesamowity głos artystki, osiągający (moim skromnym zdaniem) swoje apogeum podczas żywiołowych wykonań "z przytupem" tradycyjnych, ludowych pieśni, został połączony z nowoczesną, elektroniczną aranżacją.


W podobnej stylistyce utrzymany był koncert "Psałterz Dawidów / Wspólne Księgi", który odbył się podczas tegorocznej edycji Cracovia Sacra.

Ech... Veni, vidi... i vyvnioskovali (!) - me, myself and I ;) - że to jednak nie do końca nasza stylistyka i że po tych wszystkich muzycznych aberracjach, w których - nie bez przyjemności - braliśmy udział w ostatnim czasie, tęsknimy jednak za Joanną Słowińską w przaśnej, ludowej konwencji.

Fenomenalny głos i sceniczna charyzma tej niezwykłej artystki zawsze będą mnie przyciągać, ale w skrytości ducha muszę przyznać, że jest ze mnie totalna i absolutna muzyczna konserwa (nie mylić z puszką Pandory ;). Lubię, kiedy utwór ma linię melodyczną, którą - choćby fałszywie, ale jednak - można zanucić pod nosem; cenię swojskość i prostotę ponad muzyczno-elektroniczne eksperymenty.

Dlatego też wielka była moja radość, kiedy dowiedziałam się o koncercie Muzykantów - zespołu, w którym Joanna Słowińska gra - dosłownie i w przenośni ;) - pierwsze skrzypce. Koncert odbył się w Żydowskim Muzeum Galicja oktawę po święcie Matki Boskiej Zielnej, podczas którego odbywa się rokrocznie noc Cracovia Sacra.

Myślę, że wyjaśniłam już wszystkim wszystkie (!) elementy przydługiego tytułu niniejszego wpisu. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak zaprosić Was do posłuchania muzyki Muzykantów ;). Nagrania pochodzą co prawda z koncertu, który odbył się dwa lata temu w Synagodze Tempel, ale program był ten sam, co na zakończenie tegorocznej "Zielnej oktawy".




I jeszcze końska (!) dawka muzycznej energii...



A na konie-c ;) nagranie z pierwszego koncertu Muzykantów, na którym udało mi się być - Kolanko no 6, krakowski Kazimierz, jesień 2012.


I tak oto, z kopyta i z przytupem, dotarliśmy do koń-ca ;)

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

W tym roku góry jakieś takie...

Znów jest gorąco. Zdecydowanie za gorąco jak dla mnie, co podkreślam w sposób szczególny ;>

Kończy się sierpień, kończą się wakacje (podobno były jakieś wakacje), a ja robię bilans ostatnich tygodni. Wytypowałam cztery fronty (żaden atmosferyczny), na których jest u mnie kiepsko i nad którymi trzeba będzie w najbliższym czasie popracować.

Z bilansu ostatnich tygodni wynika jasno, że trzy (ale za to jednodniowe ;P) podjęte w tym okresie próby wytknięcia nosa poza Kraków (z czego dwie w góry), nie wniosły do mojej biografii żadnych spektakularnych dokonań.

Prób wytknięcia nosa poza mieszkanie nie liczę, ale w sumie było ich niewiele więcej... Barykady z żaluzji i rolet okazały się całkiem skuteczną ochroną przed upałem, z której jedynie z rzadka zdarzało mi się rezygnować.  

Ech, w tym roku góry jakieś takie... chciałoby się rzec, nie powiem czyimi słowami. Myślę, że łatwo się domyślicie ;)


Lipcowa próba przejścia Doliną Kieżmarskiej Białej Wody do Białego i Zielonego Plesa zakończyła się "spływem" ze szlaku w kaskadach deszczu (tak, tak - był jeden deszczowy dzień tego lata...)


Temu deszczu ;) towarzyszyła burza, która była uprzejma spać na nas z chmury, która to chmura - nie wiedzieć czemu - początkowo nie wzbudziła  naszych najmniejszych podejrzeń ;>


Sierpniowa próba popatrzenia na zieleń inną niż krzaki za oknem sprowadziła się natomiast do obejrzenia Giewontu...


 ... z perspektywy Polany Strążyskiej (całe 40 minut w jedną stronę) ...


... oraz wypicia herbaty i spożycia słynnych naleśników w jeszcze słynniejszej herbaciarni Parzenica [tamże ;]. Muszę przyznać, że podpisuję się pod wszystkimi zachwytami na temat tego miejsca, które zdarzyło mi się przeczytać :)

Ech, w tym roku góry jakieś takie...
I sezon wakacyjny też w ogóle jakiś taki...
Nie najlepszy.

A i ten post jakiś taki - jakoś tak bez natchnienia,
na zakończenie wakacji, których nie było.

B(ez) przekonania, ale za to z kropką ;)
B.

PS. Pisząc, popijam z gwinta resztkę wody zaczerpniętej ze Strążyskiego Potoku... Takie smaki lata w wydaniu minimalistycznym ;)

wtorek, 11 sierpnia 2015

Słodki całus od B.

I znów dość długo mnie nie było... Lato zaczęło się mocno muzycznie, miałam nawet szczery zamiar raportować o tym w miarę na bieżąco. Doświadczenie pokazuje jednak, że u mnie rzadko kiedy udaje się "na bieżąco". Zdecydowanie lepiej wychodzą mi posty zdecydowanie post factum - takie posty ex post ;) Zawarte w nich treści bywają bardziej dojrzałe, przemyślane, a przedstawiane w nich zjawiska z perspektywy czasu nabierają głębszych i pełniejszych znaczeń...
;>

No dobra, to może tyle w temacie filozofowania ;P Jest zdecydowanie zbyt gorąco na takie dywagacje. Wróćmy zatem do lata w całej pełni, które rozhulało się termicznie i, wyszedłszy co prawda ze stanu podgorączkowego (37 stopni przekroczone w miniony week&), jakość ciągle nie może ochłonąć.

Witaliśmy wiosnę z Susanną, pieśnią de facto całoroczną, proponuję teraz, abyśmy się skupili na lecie z de facto prawie całoroczną perspektywą ;)

"Lato" w wydaniu Krzysztofa Jurkiewicza zdecydowanie nie jest takie straszne jak to za oknem i - w przeciwieństwie do tego za oknem - wyzwala we mnie élan vital. <Mogłabym co prawda napisać, że wyzwala we mnie pokłady pozytywnej energii, ale nie będę do Was pisać w ten sposób ;>


A skoro już jesteśmy w temacie pieśni całorocznych, mam dla Was jeszcze jedną propozycję. Wers "gdzieś w końcu musi być lato..." chwilowo traktujemy z przymrużeniem oka ;)

Dodam jeszcze, że można co prawda znaleźć w internecie to nagranie w lepszej jakości, przez wzgląd na wielce klimatyczną okładkę, załączoną w charakterze wizualizacji do pliku dźwiękowego, postanowiłam się z Wami podzielić tą, bardziej "skrzeczącą" wersją ;)


No dobrze, ale żeby nie było, że tylko kalendarzowe aspekty twórczości Krzysztofa Jurkiewicza i jego kompanów z zespołu zwracają moją uwagę...

Słodki Całus od Buby kojarzy mi się przede wszystkim (zresztą nie tylko mi mnie ;) z piosenką turystyczną - a zatem z pożegnaniem z miastem ;)


To prawda, że powyższe pożegnanie z miastem prezentuje się w praktyce mało turystycznie. No ale przecież Słodki Całus... to piosenka turystyczna i basta! Próbowałam to wytłumaczyć A., która skusiła się ze mną na ostatni koncert duetu Krzysztof Jurkiewicz i Cezary Rogalski, który to duet zagrał w czteroosobowym składzie ;) Panowie zaczęli bardzo turystycznie...


... kontynuując w podobnym klimacie (to akurat nagranie z Cisnej - zamieszczam, ponieważ uważam, że konferansjerski talent Krzysztofa Jurkiewicza powinien zostać ukazany na równi z dokonaniami muzycznymi zespołu :)


Następnie panowie poszli w kierunku geometrii przestrzennej...


A ja ciągle próbowałam wytłumaczyć A., że oto jesteśmy na koncercie piosenki turystycznej... Nie wychodziło ;) Zatem, zamiast powtarzać wyświechtane frazesy o turystycznym wymiarze twórczości jednego z moich ulubionych zespołów, skupię się na tym, co mnie najbardziej w niej ujmuje. Przede wszystkim - że się tak wyrażę - jest to warstwa leksykalna, czyli - mówiąc wprost - teksty piosenek ;)








Poetycka wrażliwość miesza się w nich z przewrotnym poczuciem humoru, a całość jest mocno zanurzona w codzienności, która zostaje poddana analizie wyostrzonego zmysłu obserwacji :)


Jak już wspomniałam wcześniej, lato zaczęło się muzycznie, ale później zrobiło się zdecydowanie bardziej pracowite. Ostatnio na dobitkę (z mojej perspektywy nawet bardziej adekwatnie zabrzmiałoby określenie "na dobicie") zrobiło się upalne wręcz nie do zniesienia. W tej temperaturze intensywność niektórych zjawisk pozaatmosferycznych także wprowadza do codziennej egzystencji burzowo-burzliwe elementy...

Dziś co prawda wtorek, ale taka "środa" może się przytrafić w absolutnie każdy dzień tygodnia. Taką "środą" kończyłam ubiegły tydzień, by stanąć w szranki z następnym - oby miał jak najmniej śród, czego i Wam życzę.

Ok, było długo i z pasją ;)
A teraz trzymajcie się ciepło! ;>

:* od B.

PS. Aby pozostać w zgodzie z prawdą muszę dodać, ze przedstawiona powyżej kolejność utworów na ostatnim koncercie w Krakowie może nieco odbiegać od rzeczywistości. Starałam się za to zachować (moją!) myśl przewodnią, skoncentrowaną wokół obecności akcentów turystycznych lub ich braku. Uczyniłam to - cytując Krzysztofa Jurkiewicza - "dla dobra narracji". I tego się trzymajmy ;) A post o Formacji zobowiązuję się kiedyś w przyszłości uformować ;)

środa, 24 czerwca 2015

Noc Kupały

Moja ostatnia doba była była absolutnie niestandardowa jeśli chodzi o chronologiczny rozkład aktywności (lub jej braku). Podzieliły ją dwa krótkie okresy snu - kilka godzin poprzedniej nocy oraz kilkukrotnie za długa "drzemka" ostatniego popołudnia. Ostatni raz wstałam z łóżka około 21.30. W sumie to poderwałam się z niego z przerażeniem w oczach, uświadomiwszy sobie zaskakujący fakt, że oto jest już prawie zupełnie ciemno... Skąd ciemno, skoro powinno być późne popołudnie?

Teoretycznie miałam zamiar szybko powrócić do przerwanej drzemki, przekształcając ją w zasłużony (tak, tak - absolutnie zasłużony ;) nocny spoczynek. Ku swojej zgubie udałam się jednak na chwilę do kuchni, gdzie - po raz kolejny tego dnia z przerażeniem w oczach - odkryłam, że czeka na mnie cały kontyngent truskawek do przetworzenia.

Ech, cóż było robić. Zabrałam się za te truskawki... W Jedynce redaktor Małgorzata Kownacka i ksiądz Krzysztof Ołdakowski rozmawiali o Nocy Świętojańskiej - Nocy Kupały, Sobótce, Kuplanocce, Palinocce (byłam zaskoczona mnogością nazw tego święta). Skończyli niedawno. Ja dużo wcześniej rozprawiłam się z truskawkami, ale jakoś tak się zasłuchałam...

A kiedy tak słuchałam przyszło mi do głowy, że dziś jest najlepszy dzień... znaczy się - noc ;) ku temu, aby zaprezentować Wam pewien, dość ważny dla mnie zespół - jeden z pierwszych z nurtu muzyki folk, którego twórczość miałam okazję poznać. Ostatnie dokonania tej grupy niekoniecznie odpowiadają moim muzycznym preferencjom, z sentymentem wspominam jednak dość dawne już, studenckie czasy, początki mojej fascynacji muzyką inspirowaną folklorem i żywiołowe koncerty Żywiołaka.

Korzystając zatem z najlepszej ku temu okazji chciałabym zaprosić Was do posłuchania kilku pieśni kupalnych w wykonaniu Żywiołaka w jego najlepszym wcieleniu - podkreślę, że chodzi tu o wcielenie zespołu, nie zaś o mityczną istotę, wcielenie żywiołu ;)




No i jeszcze moje ulubione "Latawce"


... i wcale udana muzyczna adaptacja wiersza Bolesława Leśmiana "Świdryga i Midryga", uzupełniona pląsającą wizualizacją ;)


Pisząc o Żywiołaku nie mogę nie wspomnieć o pewnej szalonej wyprawie z lipca A.D. 2008 do Pyskowic, gdzie podczas festiwalu "Dybuk na kultur rozstajach" grał między innymi Żywiołak.



Zdjęcia zrobione moim pierwszym cyfrowym aparatem - model Canon Ixus i5. Do dziś zaskakuje mnie co udawało się wykrzesać z tego maleństwa ;) Na scenie co prawda nie Żywiołak, tylko - o ile dobrze pamiętam - Masala Soundsystem. Któż by jednak o tej porze zwracał uwagę na takie szczegóły ;)

Już świta... dobranoc!

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Hop Sa sA - odsłona pierwsza: H

Dziś chciałabym zaprosić Was na "H" jak koncert. Tak, tak, to nie pomyłka. Słowo "koncert" niby rozpoczyna się na "k" - samo "k" zresztą także odegra (sic!) tu istotną rolę, wrócę do niego za chwilę - cóż to jednak byłby za koncert, gdyby nie odcisnęło się na nim wyraziste znamię silnej scenicznej osobowości.

Osobowość, jak przystało na góralicę spod samiućkik Tater, ma na imię Hanka, nazywa się Wójciak i gra z nieodłączną, porywającą i żywiołową Kapelą. Muzyka Hanki to sztuka przez "S" zakręcone jak góralska parzenica, w której indywidualność jest na wskroś przeniknięta regionalną tradycją, a bogactwo form i środków artystycznego wyrazu łączy się w harmonijną całość.

eKHem... Wiem, że nie powinno się zanadto "zagadywać" koncertów i nie ma nic gorszego niż konferansjer, który nie wie, kiedy skończyć ;) Pozwólcie zatem, że przejdę od razu do rzeczy i zapowiem: "K" jak Kapela, "H" jak Hanki Wójciak - żywiołowo, lirycznie, nostalgicznie i wywrotowo. Prawdziwy koncert "z pazurem" - gdybyście mieli jakieś wątpliwości, przypatrzcie się uważnie bohaterowi ostatniego planu ;)




Pisząc ten post odkryłam, że bardzo mało jest autorskich utworów Hanki na YouTube. Jeśli podzielacie moje zdanie i czujecie lekki niedosyt, po koncercie możecie jeszcze zajrzeć za kulisy. Najlepiej jednak o unikatowych walorach muzycznych Kapeli Hanki Wójciak przekonać się organoleptycznie ;) Nadstawcie ucha, wytężcie wzrok i poszukajcie stosownej ku temu okazji.

niedziela, 22 marca 2015

Wiosna

Coś się zmieniło w krajobrazie za oknem. Rano było zimno i mokro, po południu zimno i pochmurno, wieczorem pochmurno i mróz... Podsumowując - przyszła wiosna! Chyba zasugerowała się tym, że została powitana w wyjątkowo zimowym klimacie ;)

No dobrze, ale zanim o zimowym klimacie, wpierw coś na wiosenną rozgrzewkę. Wiadomo przecież wszem wobec, że "prawdziwa wiosna przychodzi z Krosna". Kierując się tą, powszechnie uznawaną prawdą ;), na rozgrzewkę proponuję zatem pieśń pochodzącej z Podkarpacia artystki o wyjątkowo wiosennym nazwisku:

Susanna Jara "Wesna, wesnoju" 
Pieśń de facto całoroczna ;)

 

Jeśli uważnie wsłuchacie się w tekst, z pewnością odkryjecie istotę owej całoroczności ;)

A zatem słuchajcie i powoli nastawiajcie się na zimno, ponieważ u mnie zimowa aura utrzyma się jeszcze w najbliższych dniach. Szczegóły wkrótce ;)

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Zanim będzie na dobre po świętach

Nie bójmy się cierpienia innych ludzi (Kasia).

Żal, współczucie - to za mało jak na spotkanie ze Zmartwychwstałym (Kami).

Garść refleksji okołoświątecznych błąka się po mojej głowie tego wieczoru, który niepostrzeżenie stał się nocą. Do nich dołączają te dzisiejsze i "odwczorajsze".

Od wczorajszego wieczoru bowiem, przez cały dzisiejszy dzień szukałam Atmosfery i Miejsca, które byłyby adekwatne, które pomogłyby Dobrze Przeżyć. Znalazłam je jednak nie tam, gdzie zmierzali wszyscy, aby być razem i przeżywać wspólnie. Znalazłam je w zaciszu własnego domu, kiedy udało się już wszystko ogarnąć, sprzątnąć, wyłączyć...

Dokądkolwiek zmierzam, to, czego szukałam, znajduję w Ciszy (ja).


* Pod linkiem jest pieśń na dziś, jak to ostatnio często bywa, nie chciała się zamieścić w innej formie.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Nie jestem panem swojego czasu...

Są takie chwile w życiu, kiedy refleksje nad (upływającym - niestety!) czasem przychodzą do człowieka w sposób szczególny (szczególnie natrętny). Do mnie wspomniane chwile przyczepiły się (doprawdy niespodziewanie...) w ostatnich dniach, ciągnąc za sobą nieubłagane bilanse, podsumowania, a także (a jakże!) dalekosiężne plany.

Wśród planów znalazł się i ten, który zakładał próbę ogarnięcia chaosu i okiełznania nieuporządkowanej codzienności, było w nim nawet kilka praktycznych rozwiązań do (w miarę) natychmiastowej implementacji.

Przykłady? Proszę bardzo: będę chodzić spać dziś, a nie jutro (mam tu na myśli odpływanie w krainę snu przed godziną zmiany daty).

Rezultat? W tygodniu następującym po podjęciu postanowienia dwa razy udałam się na główny dobowy spoczynek (który trudno określić sensu stricto nocnym) ok. godziny 3 (w nocy / nad ranem - jak kto woli).

Wnioski, konkluzje, przemyślenia?

Nie jestem panem swojego czasu... Nawet jeśli próbuję go okiełznać w sposób zdecydowany i nie znoszący sprzeciwu, i tak nic z tego nie wychodzi. Zawsze pojawi się ktoś (lub coś) na tyle istotny (lub istotne), kto (lub co) sprawi, że największe postanowienia trzeba będzie "przygiąć" do ram rzeczywistości.

Nie jestem panem swojego czasu - wszelako dobrze się składa, że jest nim Ktoś Inny, kto jest większy i mocniejszy ode mnie (Mk 1,7) i kto zmienia moje plany na lepsze. No bo na jakiej podstawie mogłabym się upierać, że to, co sama sobie zaplanowałam, miałoby większą wartość od tego, co faktycznie się wydarzyło?

Takie to właśnie refleksje snułam, oddając się jednej z ulubionych kuchennych czynności, tzn. zmywaniu naczyń. W radiu Irena Santor śpiewała...

"(...) w wieku trzydziestu lat,
czyli na krok przed starością"

... a ja postanowiłam, że niezwłocznie podzielę się z Wami głębią moich przemyśleń (póki jeszcze jestem o krok przed starością!) i że w ogóle będę częściej publikować to i owo na blogu.

Ale to było jakieś dwa tygodnie temu... ;)


W radiu Irena Santor śpiewała...

"(...) w wieku trzydziestu lat,
czyli na krok przed starością"

... i nic nie pomogły tłumaczenia W., który akurat zadzwonił w zupełnie innej sprawie, ale był zmuszony wysłuchać...

No więc nic nie pomogły jego tłumaczenia o metaforycznej wymowie tekstu.

Ja tam swoje wiem, wszak wiem niemal wszystko o życiu ;)

Pozdrawiam
Kobieta Trzydziestoletnia +
;>

PS. Powzięłam heroiczne postanowienie - będę częściej do Was pisać ;)

piątek, 14 lutego 2014

Do Warszawy od Krakowa... ;)

Czasem dobrze sobie zrobić jakieś noworoczne postanowienie ;) Tym razem wśród moich znalazło się i takie, które - dość przewrotnie - zamiast doniosłych zmian na bliżej nieokreślone lepsze, winno wprowadzić w moje życie trochę drobnego szaleństwa.

Drobne szaleństwo to - na mocy ukutej na tę okoliczność definicji - czyn z pozoru błahy, o znikomej doniosłości, dla przeciętnego człowieka, znajdującego się w analogicznej sytuacji, łatwo dostępny; działanie o chybotliwej proweniencji, oparte o niegdysiejsze, zadawnione plany, wzmocnione nagłymi impulsami i niespodziewanymi zwrotami akcji; podjęte z nagła, w sposób spontaniczny; źródło dobrych emocji  i pozytywnych przeżyć; (czasami) brzemienne w skutki.


Pierwszym drobnym szaleństwem A.D. 2014 był jednodniowy wyskok do Warszawy. Wszakże, jak wiadomo...


Tezy o powszechnej, praktycznie nieograniczonej dostępności jednodniowych wyskoków z Krakowa do Warszawy mam nadzieję nie muszę specjalnie popierać argumentami. Nad zadawnionymi planami rozwodzić się nie będę. Dodam natomiast, że nagłym impulsem była wiadomość od Katarzyny K. o jej planowanym w mieście stołecznym koncercie. Dodatkowym wzmocnieniem była piosenka zasłyszana w radiu w przeddzień wyjazdu. Jej tekst połączył się w mojej świadomości bardzo ściśle z osobą Katarzyny... ;)


Dobrych emocji i pozytywnych przeżyć nie zabrakło - zarówno na fantastycznym koncercie jak i podczas późniejszego spotkania po latach.

***
Post czeka w fazie edycji mniej więcej od połowy stycznia (zawsze znajdzie się coś pilniejszego niż blog). Tym razem postanowiłam nie przedłużać sprawy o kolejny tydzień, bo drobne szaleństwa powoli ustawiają się w kolejce... ;)

A zatem możecie być pewni, że ciąg dalszy nastąpi. Zanim jednak to się stanie, na dobranoc kilka zdjęć z Warszawy - spacer ogarnął swoim zasięgiem przestrzeń między dworcem Warszawa Wschodnia a Parkiem Skaryszewskim. Jeśli chodzi o aurę, było to wyjątkowo czarno-biały dzień...








środa, 25 grudnia 2013

Gaudete!

Niech światło betlejemskiej nocy opromieni Waszą codzienność,
szarość codziennych spraw, ciemność problemów i smutków.

Niech betlejemska gwiazda jaśnieje na Waszych drogach,
zwłaszcza tam, gdzie wydaje się, że nie ma już nadziei.

Niech nigdy nie zabraknie Wam wiary i ufności w to,
że Bóg na moc wkroczyć w Wasze codzienne życie
w najbardziej niespodziewany i niekonwencjonalny sposób,
tak jak stało się to udziałem Maryi i Józefa.

Niechaj nigdy nie opuszcza Was świadomość, że Bóg,
który przychodzi dziś w nowonarodzonym Chrystusie,
potrzebuje Was i pragnie Waszej miłości.

A nade wszystko - gaudete!
:)


Gaudete, gaudete! Christus est natus.
 Ex Maria virgine, gaudete!

wtorek, 19 listopada 2013

Listopadanka

(...) jeszcze ciepłym oddechem listopad nas mami,
lecz wiesz, że jesień nadchodzi...

Chyba nie można lepiej oddać słowami dzisiejszego dnia.
Słonecznie, lekki wiatr... 15 stopni w cieniu! :)
Nastrojowo, cudnie...

To teraz posłuchajcie :)




A skoro "Listopadanka", to muszą być liście, prawda?

Seria z liściem








(...) powoli za piecem rozejrzeć się trzeba.
To znak, że przyszła jesień.

niedziela, 13 października 2013

InNowica i okolica

Dziś poczęstuję Was od dawna zapowiadanym ciągiem dalszym, czyli opowieścią o kolejnej próbie rozpoznania fenomenu Nowicy, tym razem mocniej osadzonej w kontekście odbywających się tam Spotkań Teatralnych InNowica. Rzecz miała miejsce dość dawno temu, na przełomie maja i czerwca A.D. 2013...

Ponieważ wyjazdy turystyczno-krajoznawcze zwykłam uprzednio bardzo starannie i szczegółowo planować, zacznę właśnie od przedstawienia Wam planu tegoż wyjazdu. A był wielce ambitny! ;)

Dzień I - z Nowego Żmigrodu przez Górę Grzywacką,
Przełęcz Hałbowską, Kotań, Świątkową Wielką
i Świerzową Ruską (lub Kolanin) do Bartnego


Dzień II - z Bartnego przez Wołowiec, Banicę
i Przełęcz Małastowską do schroniska
na Magurze Małastowskiej


Dzień III - w 100% festiwalowy

Dzień IV - z Magury Małastowskiej do Gorlic
lub Grybowa, czyli w rejony mocno cywilizowane,
w celu złapania publicznego środka transportu,
zapewniającego powrót do domu

O planie opowiadam Wam nie bez przyczyny - powinniście go poznać, aby wiedzieć, jak bardzo nic z niego nie wyszło ;)

Przy okazji możecie jeszcze w jego kontekście rozważyć pewną obiektywną, filozoficzną prawdę: jeśli z naszych planów nic nie wychodzi, to znaczy że rzeczywistość chowa dla nas w zanadrzu niespodzianki, które przekraczają granice naszej wyobraźni, przez co nie mogą być w sposób adekwatny uwzględnione w procesie planowania.

;-)

Dobrze, a zatem skoro plan został już przedstawiony, mogę teraz śmiało przejść do opowieści o jego realizacji :)

Aby być możliwie blisko punktu startowego, w przeddzień (nazwijmy go "dniem zero") zainstalowałyśmy się z Joanną w Rzepniku, gdzie spędziłyśmy sympatyczny wieczór podziwiając gwiazdy i do późnych godzin nocnych gaworząc przy rozpalonym kominku. To nie wróżyło dobrze porannej pobudce... ale rano trzeba się było zmobilizować :]

Dzień pierwszy, czyli czwartek, 30 maja, wypadał w święto Bożego Ciała. Rozpoczęłyśmy ten dzień Mszą św. w cerkwi w Rzepniku - obecnie jest to kościół filialny parafii Łęki Strzyżowskie.


Cerkiew w Rzepniku to prawdziwa perełka Pogórza Strzyżowskiego. Jeśli macie ochotę, możecie zajrzeć do środka... ;)




Z Rzepnika udałyśmy się do Krosna, skąd transportem rodzinnym miałyśmy się dostać do zamierzonego punktu startowego (transport publiczny niestety nie obsługuje Nowego Żmigrodu w dni świąteczne).

Posiłkowanie się transportem rodzinnym posiada bardzo wiele zalet, ma przy tym jeden zasadniczy mankament - człowiek nie śpieszy się na autobus ;) A jak się nie śpieszy, to może jeszcze wypić kawkę, zjeść świeże truskawki (tak, tak - sięgamy wstecz pamięcią do sezonu truskawkowego)...

Kiedy już takiemu człowiekowi uda się wreszcie wyruszyć z domu, jest ok. 2 godziny później niż zakładał wstępny scenariusz. Jest prawie południe, a to dodatkowo najlepszy moment, by z okien samochodu oglądać procesje Bożego Ciała we wszystkich mijanych po drodze wioskach - z okien stojącego samochodu rzecz jasna, zatrzymanego przez służby porządkowe na czas przemarszu procesji.

Siedząc w stojącym (!) samochodzie człowiek ma sporo czasu na skrupulatne przyjrzenie się mapie, ponowne przekalkulowanie trasy wraz ze wszystkimi opcjonalnymi wariantami i podjęcie decyzji, aby ominąć Nowy Żmigród, obejrzeć Górę Grzywacką jedynie z perspektywy drogi u jej podnóża i namówić transport rodzinny, aby zapuścił się jeszcze kilka(naście) kilometrów dalej...

W taki oto sposób wczesnym popołudniem znalazłyśmy się na Przełęczy Hałbowskiej, w naszym nowym punkcie startowym, i rozpoczęłyśmy wędrówkę czerwono-żółtym szlakiem w kierunku zachodnim.


Szybko pożegnałyśmy główny szlak beskidzki, decydując się pozostać przy żółtym...


... i przez cudnie widokową łąkę zejść do Kotani.


Wychodząc na otwartą przestrzeń miałyśmy nie tylko piękny widok na otaczające nas góry, lecz także całkiem niezły wgląd w atmosferyczno-meteorologiczne niespodzianki, które szykowało nam niebo.


Na zdjęciu tego co prawda nie widać ;), ale w oddali zaczęło nawet trochę grzmieć. Nie pozostawało nam nic innego jak kontynuować wędrówkę w dół, do wioski.

Pierwsze krople deszczu zaczęły spadać nam na głowy dokładnie w tym momencie, w którym doszłyśmy do przycerkiewnego cmentarza.



Jak się później okazało, to był ostatni moment na znalezienie schronienia. Uratowała nas zamknięta jedynie na skobelek... brama? (Jeśli ktoś wie, jak nazywa się to "coś" przed cerkwią, niech się ze mną tą swoją wiedzą podzieli).

Poniżej przedstawiam niezbity dowód na to, że Pan Bóg udziela potrzebującym schronienia w swoim Domu ;)


Nie próżnowałyśmy siedząc w tym niezwykle uroczym, pachnącym starym drewnem, suchym i przytulnym schronieniu. Jadłyśmy ciasteczka owsiane i robiłyśmy zdjęcia tego, co było w zasięgu obiektywu. Jak widać deszcz padał...


 ... i padał...


... i przyszła kolejna chmura...


... i padał jeszcze mocniej.


 Kiedy w końcu przestał i żegnając cerkiew zebrałyśmy się w dalszą drogę...


... okazało się, że spędziłyśmy w naszej zacisznej kryjówce... sporo ponad godzinę! Tak, tak... Z wczesnego popołudnia zrobiło się późne popołudnie, a my wciąż byłyśmy na początku naszej wędrówki.

Ruszyłyśmy przez wieś podziwiając okolicę zarówno w szerszej perspektywie...


... jak i w bliższych szczegółach.


Kolejnym punktem na naszej trasie była Chata Micha, czyli prawdopodobnie najmniejsze schronisko w Beskidzie Niskim ;)


Spędziłyśmy kilka chwil w tym urokliwym miejscu, gawędząc z bardzo sympatycznym gospodarzem. Tutaj też zapadła decyzja, by nie wydłużać trasy o Kolanin, tylko najkrótszą drogą udać się do Bartnego.

Ruszyłyśmy w dalszą wędrówkę szerokim leśnym traktem, o który momentami "ocierał się" czerwony, a później żółty szlak. 


Deszcz pozostawił po sobie na drzewach kilka pamiątek...


... a pomiędzy liśćmi uśmiechało się do nas popołudniowe słońce.


Nad naszymi głowami promienie słońca walczyły o należne sobie miejsce pomiędzy przesuwającymi się ławicami chmur...


...a wokół nas roztaczały się cudne beskidzkie krajobrazy - łagodne wzgórza...

 
... i rozległe, ukwiecone łąki.


W końcu dotarłyśmy do Świątkowej, niezwykle urokliwej wioski w sercu Magurskiego Parku Narodowego, która znana jest przede wszystkim z zabytkowych drewnianych cerkwi. Niestety nie udało nam się do nich dotrzeć. Czas naglił, a my wylądowałyśmy na przeciwległym krańcu miejscowości.

Na naszej trasie znalazła się natomiast druga, równie rozpoznawalna atrakcja okolicy, a mianowicie hodowla pstrąga z urokliwą restauracyjką typu open air.


Minęłyśmy tę oazę smakowitości, kierując się w stronę nieistniejącej wsi - Świerzowej Ruskiej (na zdjęciu tabliczka sygnalizująca teren niegdyś-zabudowany).


Po drodze przyglądałyśmy się większym...


... i mniejszym zwierzątkom...


... a także takim, które były zdecydowanie większe niż - w moim odczuciu - być powinny.


Przede wszystkim jednak wypatrywałyśmy w zaroślach...


... ukrytych śladów, pozostawionych przez dawnych mieszkańców tego miejsca.





W gęstwinie traw i paproci udało nam się nawet wypatrzyć starą piwniczkę :)


I tak wędrowałyśmy sobie dalej przez las... (ach, jak lubię to zdjęcie!)


... siedmiokrotnie przekraczając wody potoku Świerzówka (na szczęście stan wody był dość niski ;)


Słońce już wyraźnie chyliło się ku zachodowi, kiedy dotarłyśmy do Przełęczy Majdan pod Magurą Wątkowską.


Ponieważ coraz szybciej zapadał zmrok, nie w głowie nam już było zdobywanie szczytu, udałyśmy się wprost do bacówki PTTK w Bartnem.


Więcej zdjęć z tego dnia nie mam, dlatego musicie uwierzyć mi na słowo, że określenie "wprost" tylko hipotetycznie sygnalizuje szybki przemarsz do celu, pozbawiony godnych choćby wspomnienia okoliczności towarzyszących.

Odległość dzieląca Przełęcz Majdan od schroniska w Bartnem to ok. 1,5 km... przeprawy przez bagno ;] Wędrowca wspomagają po drodze tu i ówdzie rzucone bale i połamane drzewa oraz względnie suche kępy traw, niemniej - wędrowiec zmęczony (prawie)całodziennym marszem, kurczowo trzymający się myśli o rychłej, gorącej kolacji i łóżku, na którym wyciągnie nogi, traci swą zwyczajową czujność, lądując w owym bagnie z częstotliwością, która przekracza granice przepuszczalności najtrwalszych gore-texów (abstrahuję tu oczywiście od sytuacji, kiedy woda wlewa się do butów górą, przez cholewki i stuptuty).

Wędrowiec po przejściach dociera do schroniska już po zapadnięciu zmroku. Bacówka w Bartnem na pierwszy rzut oka wygląda całkiem zwyczajnie (dla czujnych obserwatorów doprecyzowanie: zdjęcia zrobiłam następnego dnia rano)...


... ale już jej najbliższe otoczenie sprawia wrażenie dość oryginalnego...


... niekonwencjonalnego...


... niepokojącego...


... by nie rzec - demonicznego.


Wszystkie powyższe przymiotniki można także z powodzeniem odnieść do gospodarza tego miejsca.

Nie będę się zbytnio rozwodzić nad dorodną komarzycą, zaserwowaną mi w zestawie z porcją pierogów, ani nad sympatycznymi dialogami w stylu:

- Gdzie można znaleźć gniazdko żeby doładować telefon?
- W łazience, w piwnicy.
- Jest? Szukałyśmy tam, ale nie znalazłyśmy...
- Jeszcze wczoraj było...

Wstał nowy dzień. Idziemy dalej :)

Niestety, po drodze "złapałyśmy zasięg" (sytuacja niezwykle rzadko spotykana na tej trasie) i dowiedziałyśmy się, że dzień ma być deszczowy i burzowy. Pobieżny ogląd nieba dawał podstawy by wierzyć tym słowom, dlatego zdecydowałyśmy się na zrealizowanie trasy w najkrótszym wariancie i ominięcie Wołowca.


Niesłusznie! Trochę zbyt późno przekonałyśmy się, że dzień będzie pogodny i słoneczny, i taki już pozostanie do samego wieczora.


Wędrowałyśmy niebieskim szlakiem w kierunku Magury Małastowskiej, podziwiając cudne beskidzkie krajobrazy...


... stosując się do napotkanych znaków drogowych...


... które w zastanej scenerii prezentowały się dość zaskakująco ;)


W ten oto sposób dotarłyśmy do Przełęczy Małastowskiej...


... gdzie zwiedziłyśmy cmentarz z czasów I wojny światowej.




Stamtąd już tylko 15 minut dzieliło nas od schroniska PTTK na Magurze Małastowskiej.


Tu też panowała dość niekonwencjonalna, choć zgoła inna niż w Bartnem atmosfera. Gospodarz okazał przesympatycznym człowiekiem, uciął sobie z nami niezwykle miłą pogawędkę, zadeklarował pomoc w razie wszelkich ewentualności i... zniknął ;)

Wbrew wcześniejszym deklaracjom nie pojawił się nawet wtedy, gdy zaczęło brakować ciepłej wody, a nikt spośród obecnych nie potrafił sobie poradzić z uruchomieniem pieca. Nie udało nam się spotkać go przez całe dwa dni, które spędziłyśmy w schronisku. Opłatę za pobyt uiściłyśmy, wciskając równowartość ustalonej wcześniej kwoty w sprawiający bezpieczne wrażenie kuchenny zakamarek.

Zmuszone poszukiwać gospodarza w jego prywatnej części domu zdecydowałyśmy się także przejść przez kuchnię... Okazało się, że dorodna komarzyca w pierogach to nic w konfrontacji z dorodnym wilczurem, raczącym się żurkiem prosto z pozostawionego na podłodze garnka ;>

Dalsze szczegóły pominę. Schronisko na Magurze to bardzo sympatyczne miejsce, jednak korzystanie z gastronomii polecam jedynie najtwardszym zawodnikom ;) Jeśli jednak mówimy o kuchni, nie mogę nie wspomnieć o niezwykle sprytnym mechanizmie transportowym, który obsługuje salę jadaną na piętrze.


Mechanizm, działający na zasadzie szybu, funkcjonuje w oparciu o coś, co przypomina pozbawioną drzwiczek, starą kuchenną szafkę, zawieszoną na linie. Szafka, w zależności od potrzeb, kursuje w górę i w dół, dowożąc zamówione potrawy, inkasując gotówkę i wydając resztę.


Mechanizm uruchamia się głosem, wsadzając głowę do szybu i zdecydowanym tonem wzywając gospodarza. Proszę wołać - do skutku ;>

Czytając moją relację zapewne zastanawiacie się, co się stało z gospodarzem...?


Nic złego ;)

Gospodarz zapadł na "niemoc towarzyską", spowodowaną zbyt długim imprezowaniem ze znajomymi, stanowiącymi na oko ponad połowę zakwaterowanych w schronisku gości... ;)

Ale wróćmy do opowieści o Nowicy.


Zakwaterowawszy się w schronisku i spożywszy całkiem smakowity obiad (nie wiedziałyśmy jeszcze wtedy, jak wygląda kuchnia) zdecydowałyśmy się już piątkowego wieczoru zakosztować pierwszych festiwalowych wrażeń.

Przejście ze schroniska do Nowicy zajmuje około godziny. Najpierw trzeba dojść do drogi asfaltowej (jakieś 10 minut), a później skierować się w prawo. Nam jednak nie dany był spacer dłuższy niż 15-minutowy. Kierowca pierwszego auta, które nas mijało, zatrzymał się, odkręcił szybę, zapytał, czy jedziemy do Nowicy i zaprosił nas do środka. Podróżując na tej trasie jeszcze kilkukrotnie podczas całego weekendu przekonałyśmy się, że autostop częściej łapie autostopowiczów niż odwrotnie ;)


Pierwszym z koncertów, na który udało nam się dotrzeć, był występ trio w składzie: Maciej Cierliński, Ryszard Latecki, Bartek Pałyga. Artyści zostali przedstawieni jako multiinstrumentaliści, specjaliści ds. instrumentów etnicznych i ludowych z różnych stron świata, nie stroniący jednak od muzyki eksperymentalnej. Brzmi dobrze? Cóż... Elementy eksperymentalne przeważyły podczas koncertu wszystkie inne razem wzięte, co nie do końca spotkało się z naszymi oczekiwaniami. Jeśli chcecie się przekonać jak było, możecie spróbować tutaj.

Wobec zaistniałych okoliczności oddaliłyśmy się z okolic sceny, oddając się bez reszty buszowaniu wśród kramów z rękodziełem...


... gdzie dokonałyśmy kilku niezwykle owocnych transakcji ;)


Skorzystałyśmy także z "fast-food'owego" okienka znajdującego w pobliżu...


... a ponieważ było już późno i byłyśmy dość zmęczone, postanowiłyśmy udać się w drogę powrotną...

Za wcześnie! Dość niefortunnie przegapiłyśmy informację, że tego wieczoru odbędzie się jeszcze jeden koncert, co pociągnęło za sobą dwa negatywne skutki. Po pierwsze, ominął nas występ grupy Burdon z Ukrainy - bardzo udany, jak dowiedziałyśmy się później.


Po drugie, niemalże całą drogę powrotną pokonałyśmy piechotą, ponieważ przez prawie godzinę nie minęło nas ani jedno auto. Dziwiłyśmy się niepomiernie takiemu obrotowi spraw, nie dało nam to jednak do myślenia, iż być może impreza jeszcze się nie skończyła i warto zawrócić zamiast zagłębiać się w ciemną, bezksiężycową, dość mglistą i mroczną noc...

Tak, tak - atmosfera naszego "nocnego" spaceru ocierała się chwilami o krew w żyłach mrożącą. Skończyła się wieś, za plecami zniknęły ostatnie domy, a jedynym źródłem światła była nasza latarka. I ją jednak szybko wyłączyłyśmy, dochodząc do wniosku, że jesteśmy zbyt dobrze widoczne dla potencjalnych sprawców niecnych czynów ;)

Dzięki zastosowaniu tego rozwiązania niemalże wpadłyśmy "w objęcia" idących z naprzeciwka, mocno podchmielonych "lokalsów", którym na domiar złego towarzyszył dość duży i nadmiernie nami zainteresowany pies. Trudno w to uwierzyć przeciętnemu mieszczuchowi, ale noc była tak czarna, że zauważyłyśmy ich dopiero w momencie, kiedy mijaliśmy się na drodze.

Na szczęście spotkanie okazało się sympatyczne i, wbrew naszym obawom, zakończyło się na wymianie kurtuazyjnych uprzejmości ;) Cała sytuacja sprawiła jednak, że gdy po jakimś czasie zobaczyłyśmy w oddali światła nadjeżdżającego samochodu, byłam święcie przekonana, że jego kierowca zmierza w naszym kierunku jedynie po to, by nas zamordować ;>

Na szczęście Asia zachowała przytomność umysłu i zaczęła machać ;) Samochód oczywiście się zatrzymał i zabrał nas pomimo tego, iż w środku znajdowały się już cztery dorosłe osoby i jeden duży plecak (dodam, że była to standardowa osobówka). Dwóch pasażerów, w którymi przyszło nam dzielić tylną kanapę, okazało się być autostopowiczami, którzy wracali do schroniska po ostatnim koncercie w Nowicy.

Ponieważ atmosfera zrobiła się wyjątkowo towarzysko-sympatyczna, postanowiliśmy jeszcze trochę pobiwakować przy ognisku przed pójściem spać. Przy ognisku nasi towarzysze przyznali się, że "trochę muzykują" i nawet mają swój zespół. Zdradzili nam jego nazwę i zachęcili do posłuchania na YouTube "kilku piosenek".

Nazwa zespołu wydała mi się równie ekscentryczna, co nic-nie-mówiąca. Jakież zatem było moje zdziwienie kiedy po powrocie do domu zaczęłam "googlać" w poszukiwaniu informacji o Łagodnej Piance: koncert w Czwartym Programie Polskiego Radia, Męskie Granie w Gdańsku... Chylę czoła!

Pozwólcie, że w tym miejscu zaprezentuję Wam twórczość naszych ogniskowych towarzyszy.
A zatem teraz... wysmarujcie się dokładnie ;)



 I jak, i jak, i jak? ;)

... wracając jednak ponownie do głównego wątku - wciąż jesteśmy wszakże dopiero w połowie weekendu ;)

Leniwe spacery po Nowicy w sobotę oraz niedzielnego ranka były okazją do podziwiania beskidzkiej flory...





... czasami wespół z fauną... ;)




... a także starych łemowskich chyż, z których słynie okolica.






... okraszonych tu i ówdzie, jaki widać, delikatną nutką nowości ;)

Jako osoba naukowo skażona branżą biblioteczną nie mogłam sobie odmówić uwiecznienia pewnego punktu...



... bibliotecznego, który - sądząc po kondycji budynku - dawno popadł w zapomnienie. W okolicy nie brak także innych pozostałości po dawnych mieszkańcach tego miejsca.




Sacrum miesza się z profanum (między drzewami powinniście odnaleźć dach jednej z dwóch nowickich cerkwi)...



... nie brak także przejawów współczesnej twórczości...


... które niemal na każdym kroku przypominają nam, że Nowica to wieś zdecydowanie niekonwencjonalna ;)


Z festiwalowych atrakcji udało nam się jeszcze obejrzeć spektakl Teatru Węgajty "Ogień, kryzys, Central Station", posłuchać koncertu zespołu Micne Zila, który - wbrew temu, co może sugerować nazwa - grał bardzo tradycyjną, łemkowską muzykę oraz występu Lecha Dyblika w programie "Radziecki surrealizm z punktu widzenia psa", a także Uliany Horbaczewskiej, ukraińskiej pieśniarki.


Na zakończenie, w niedzielny poranek, obejrzałyśmy jeszcze siedzibę Stowarzyszenia Magurycz, zajmującego się renowacją starych beskidzkich cmentarzy...


... a później udałyśmy się do cerkwi...




... w której kurpiowskie nabożne pieśni śpiewał Adam Strug, laureat tegorocznej edycji konkursu Folkowy Fonogram Roku.

I to by było na tyle... ;)

Całość wyjazdu została dopełniona w Szymbarku, w niezwykle sympatycznej włoskiej restauracji. Chyba nie muszę dodawać, że nie doszłyśmy tam na nogach, po drodze zgarnął nas bowiem transport rodzinny? ;)


PS. W poprzednim poście zaserwowałam Wam już dwa filmy dotyczące Nowicy, teraz - na zakończenie, gdybyście ciągle odczuwali pewien niedosyt treści ;) - zaproponuję Wam jeszcze jedną audycję radiową.

Miłego słuchania!