niedziela, 17 marca 2013

O takiej zimie marzyłam

Przyszła niespodziewanie, w połowie marca, kiedy już wszystkim wydawało się, że mamy ją za sobą. Byłam jedną z nielicznych osób (jeśli nie jedyną), która wciąż czuła pewien niedosyt zimowych doznań.

Brakowało mi słońca i lekkiego mrozu obficie przyprószonych śniegiem. Tak się szczęśliwie złożyło, że dostałam w prezencie to, za czym tęskniłam i obawiałam się, że będę tęsknić co najmniej do grudnia ;)


Wczoraj na Leskowcu

 

Start w Targoszowie.
Żywię graniczące z pewnością przekonanie, że w tej miejscowości w najbliższych dniach autobus nikomu nie ucieknie ;)


Zaczęliśmy wędrówkę żółtym szlakiem przez rozległą polanę, napawając się widokami i delektując kontrastem nieskazitelnej bieli śniegu z lazurowym błękitem nieba.



 W kierunku zachodnim i południowym nad horyzontem gromadziły się chmury...




... przez które jednak niestrudzenie przebijało się rozgrzewające marcowe słońce...


 ... rysując na śniegu cudowne zimowe obrazy.


Choć trudno było przestać robić zdjęcia, udało nam się jednak zmobilizować i wyruszyć w dalszą wędrówkę.


Las...


... i słońce nie szczędziły nam fotograficznych inspiracji ;)


Zachwycały też detale, które przyroda chowała dla nas w zanadrzu, w zaciszu świerkowych igieł.


Nie chcę mówić ile lodowatych kropel niespodziewanie wpadło mi za kołnierz kiedy robiłam te zdjęcia...


... ale przyznacie chyba sami, że efekt był wart nie takiego poświęcenia ;)


Następną zachwycającą widokami polanę napotkaliśmy pod szczytem Gancarza.


Cel wędrówki był jednak ciągle kawałek przed nami.


Prowadziła do niego droga przez las...


... która niespodziewanie, z przetartej przez pojedyncze osoby ścieżki, zmieniła się niemalże w autostradę ;)


... prawdziwą highway to heaven ;)


Bezkres nieba, słońce i cudowna, nieskazitelna biel. Nie zagaduję już więcej. Zostawiam Was sam na sam z tym widokiem :)







Szczyt także, choć nie bez żalu, trzeba było w końcu opuścić.


 Zainteresowani mogli po drodze zboczyć - czarnym na Jagódki (!) ;)


Ale uwaga, rosną tam żarłoczne drzewa ;)


Dlatego też my skierowaliśmy się jednak prosto do schroniska...


... gdzie wśród istot żywych napotkaliśmy też i takie :)


Gdy wychodziliśmy w drogę powrotną słońce chyliło się już ku zachodowi. Zachody najlepiej kontempluje się w ciszy, tak więc znów na jakiś czas zamilknę...










Na koniec zwrócę tylko Waszą uwagę na szczyt Babiej Góry, która z rana kryła się za chmurami, za to wieczorem zaprezentowała się w pełnej krasie...


... oraz na pewną osobliwość, która spotkała nas w drodze powrotnej.

Otóż w sobotę, na żółtym szlaku w kierunku Targoszowa pojawił się dziwny stwór. Udało mi się uchwycić go na zdjęciach.


Trochę przypominał kosmitę, był jednak na tyle lekki, że udało mu się zawisnąć na cieniutkiej gałązce nie łamiąc jej.


Stwór wykazał się zaczepną naturą...


... udało się jednak skutecznie odeprzeć jego atak i szczęśliwie wrócić do domu :)


Trzymajcie się ciepło!
 

sobota, 23 lutego 2013

Nie chciało się wracać...

Dotarła do mnie właśnie z całą mocą świadomość, że swoją publikacyjną aktywność zawiesiłam już prawie trzy miesiące temu. Cóż mogę napisać na swoje usprawiedliwienie? Chyba tylko prawdę!

A prawda jest taka, że zajmowało mnie sporo różnych, mniej lub bardziej drobnych, codziennych spraw. Dodać należy, że sprawy drobne zajmują w sposób najbardziej uciążliwy, jak piasek wypełniając sobą całą wolną przestrzeń. Co innego sprawy Duże i Ważne - te zazwyczaj pozostawiają wokół siebie optymalną strefę zdrowego dystansu, oddzielającego je od pozostałych...

W tym miejscu pozostaje mi wyrazić nadzieję, że znacie tę opowieść o kamieniach i piasku wypełniających naczynie (inaczej byłabym Wam winna obszerniejsze wyjaśnienie). Jest równie genialna w swojej prostocie, co trudna w realizacji - niestety!

Wracając jednak do sedna z wędrówki w dygresję... Kiedy już owe przejawy codzienności przestawały mnie zajmować - choćby na krótką chwilę - starałam się rozkoszować zimą. Bo zima w tym roku jest cudna! Nie pamiętam, żeby w Krakowie (za mojej "kadencji" oczywiście) było tyle śniegu. Temperatura także okazywała się dość łaskawa. Brakowało tylko słońca - osobiście naliczyłam 3 dni A. D. 2013, w których w Krakowie pokazało się choćby na chwilę. Wszakże nie można mieć wszystkiego...

Ostatnie w pełni słoneczne dni spędziłam na Podkarpaciu, podczas przedłużonych na ponad dwa tygodnie świąteczno-noworocznych ferii. Cóż to był za czas! Absolutnie nie chciało się wracać...

Zachowując chronologiczny porządek rzeczy od tego właśnie miejsca i czasu rozpocznę swoje zimowe reminiscencje. Trochę się ich nagromadziło przez te ostatnie trzy miesiące. Mam nadzieję, że zdążę przed wiosną, zanim stopnieją ostatnie śniegi ;)

A zatem...

Nie chciało się wracać do codzienności z Miejsca, w którym przez okno można podziwiać takie wschody...




... i zachody księżyca



... a ze wzgórza za domem oglądać takie zachody słońca







Gdzie słońce, mimo zimowej pory, nadaje krajobrazowi cudownie ciepłe barwy



... i gdzie przyroda nieustannie zaskakuje...





... wykorzystując do tego nawet tak powszednie tworzywo jak płaszczyzna okiennej szyby ;)





 Jutro (a właściwie już dziś) znów tam będę.
Tym razem będzie więcej śniegu - oby tylko udało się dojechać ;)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Rzeczy pierwsze*

Pierwszy grudnia... pierwszy dzień Adwentu... pierwszy śnieg...
Wszystko jest takie pierwsze. Białe i nieskazitelne.

... no dobra, śnieg nie jest pierwszy ;) Pierwszy był w październiku.
A wyglądał tak, pamiętacie?















* Wszelkie podobieństwo do tytułu powieści Huberta Klimko-Dobrzanieckiego jest zamierzone, aczkolwiek na płaszczyźnie tytułu podobieństwa się kończą.