środa, 11 lipca 2012

Do trzech razy Gorce, czyli... 24h w porywach do 1 310 m n.p.m.

Pomysł majowego(!) wyjazdu w Gorce zrodził się kilka tygodni wcześniej i w pierwotnej wersji miał być spacerem z Nowego Targu do Rabki przez...


... Turbacz :)

Niestety, kilka dni przed planowanym wyjazdem w życiu 50% ekipy pojawiły się pewne obiektywne przeszkody, które wyjazd ten uczyniły niemożliwym. Pozostałe 50% ekipy (czyli ja) postanowiło się nie wygłupiać i przełożyć (wyjazd w) Gorce na najbliższy - możliwy i zarazem rozsądny - termin.

Niestety, pogoda zapowiadała się wprost rewelacyjna na wypad w góry! Me, myself & I zaczęliśmy zatem kombinować, jak by tu w konstruktywny sposób zagospodarować wolny weekend. W między czasie profilaktycznie zerknęłam jeszcze do skrzynki mailowej (tam czasami można znaleźć naprawdę ciekawe rzeczy!;), aby - ku swej wielkiej uciesze - okryć interesującą wiadomość. Dotyczyła ona organizowanego przez pewne Towarzystwo, do którego zdarzyło mi się należeć, integracyjnego wyjazdu... w Gorce! Planowany termin - tydzień później.

Me, myself and I zdążyliśmy jeszcze podskoczyć z radości, zanim dotarło do nas, że tydzień później wybieramy się na Ślub znajomych oraz na I Komunię Świętą siostrzenicy wujecznej (chyba tak to można nazwać w skrócie) i wyjazdu w Gorce nijak nie uda się wkomponować pomiędzy te dwie uroczystości. Zanim jednak zdążyłam się na poważnie zmartwić tym niefortunnym zbiegiem okoliczności, usłyszałam sygnał telefonu...

Są ludzie, którzy odzywają się na tyle rzadko, że ich nagłe "pojawienie się" może budzić spore zaskoczenie. Tak było i tym razem, a zaskoczenie spotęgował dodatkowo fakt, że niespodziewana rozmowa przyniosła ze sobą bardzo sympatyczną propozycję - wyjazd w Gorce!;)

Do trzech razy sztuka - mówi ludowe porzekadło, a mądrość ludowa to jest coś, co należy przyjmować bez zastrzeżeń. Za trzecim razem musi się udać. No więc się udało. I to jak!

Co prawda początki były trudne... Bus, który miał nas wywieźć z Krakowa, okazał się być busem-widmo, a na następny trzeba było czekać godzinę. To mało i dużo zarazem. Mało, jeśli wziąć pod uwagę częstotliwość kursowania busów w dni wolne od pracy. Dużo, zważywszy, że poranny wyjazd i tak był opóźniony (wcześniej byłam zmuszona spędzić kilka uroczych chwil w serwisie wulkanizacyjnym) i koniec końców udało nam się wyjść na szlak dopiero o godzinie 14.

Zaczęliśmy...


... w Rabce. W końcu - po 1,5 godziny jazdy w piekarniku na kółkach, zapchanym jak puszka śledzi (doprawdy nie wiem, skąd wzięły mi się te kulinarne skojarzenia - jedzenie było ostatnią rzeczą, o której myślałam podczas podróży;) - udało się dotrzeć na miejsce. Można było odtrąbić sukces ;)

No dobrze, to może z radości jeszcze jeden muzyczny akcent...


Pierwszym punktem orientacyjnym na naszej trasie było schronisko na Maciejowej. Wiedzie do niego niezwykle malownicza trasa, z której rozpościerają się cudowne widoki:

w kierunku północno-zachodnim - na Rabkę...


... dalej na północ, na Luboń - z charakterystyczną wieżyczką schroniska (którą tu umiarkowanie - ale jednak - widać)...


... i na kolejne szczyty Beskidu Wyspowego (podejrzewam, że Lubogoszcz, Śnieżnicę i Ćwilin, jeśli ktoś ma ochotę sprostować, to zachęcam :)


Fotografowanie w tym miejscu polecam zacząć właśnie od Beskidu Wyspowego, by następnie odwrócić się o 180 stopni i spojrzeć na zachód - na Babią Górę...


... i Wielki Chocz (na ostatnim z możliwych planów w ramach poniższego zdjęcia). W końcu udało mi się poznać nazwę tego szczytu, który od dawna intrygował mnie swoim kształtem i lokalizacją ;)


Dopełniwszy fotograficzną powinność, zarówno na froncie północno-wschodnim, jak i zachodnim, można w końcu skierować swoje oczęta na południe...





... i tak zostać. Długo!

Wystarczająco długo, żeby porządnie zgłodnieć i udać się do schroniska na Maciejowej...


... na pierogi ruskie. Moim skromnym zdaniem w tym miejscu jest to danie absolutnie obowiązkowe ;)

Posiliwszy się nieco i zregenerowawszy siły, można się udać dalej - tam gdzie dziada...


... i baby...


... z pewnością nie brakuje;) - czyli do Schroniska na Starych Wierchach.


W okolicach tegoż schroniska niestety nie brakuje także - poza dziadem i babą - motocyklistów crossowych, którzy ciszę i spokój w górach potrafią zamienić w mechaniczny jazgot (to ciekawe, że widuję ich tam podczas każdej wizyty na Starych Wierchach - albo mam pecha, albo są tam zawsze:/).

Nie pozostaje w takich okolicznościach nic innego, jak tylko ruszyć w dalszą drogę.


Oby tylko dobrze wybrać! ;)

Po drodze na Turbacz nie brakuje miejsc, z których rozciąga się niesamowity widok na Tatry - tego dnia przykryte lekką pierzynką obłoków i rozświetlone promieniami słońca, powoli chylącego się już ku zachodowi.






W barwach zachodu pięknie prezentował się także Luboń...


... i dostojna Królowa Beskidów.


To było jednak dopiero preludium do widowiska, które zachodzące słońce trzymało dla nas w zanadrzu.





 



Tak pięknego zachodu słońca w górach nie widziałam chyba nigdy wcześniej!

Dziękuję Ci Boże za busa-widmo i za korki na Zakopiance - to dzięki nim znaleźliśmy się w tym miejscu w tym, a nie innym czasie - a lepszego momentu na dojście na szczyt nie można sobie było wymarzyć! :)

Do schroniska pod Turbaczem dotarliśmy już po zmroku.


Ponieważ w jadalni schroniska panowała nerwowa atmosfera piłkarskiego kibicowania (!) - a było to jeszcze przed Euro - pomimo panującego na zewnątrz chłodu (!) [chłód to takie zjawisko atmosferyczne, kiedy człowiek przestaje się pocić, a zaczyna mieć dreszcze - przyp. aut. skierowany do udręczonych mieszkańców południa Polski, którzy w ostatnich tygodniach mieli okazję zapomnieć, co to takiego jest chłód] postanowiłam wybrać się na kolejny zdjęciowy plener. A oto efekty:




Oczywiście, tak cudowna noc nie mogła zakończyć się inaczej, jak tylko nadejściem równie cudownego poranka. Nie ma to jak obudzić się rano z widokiem na Tatry...


... na Pieniny w morzu mgieł...


... i na Zalew Czorsztyński w pełnej krasie.


W drodze z Turbacza do Nowego Targu-Kowańca, zbaczając trochę z zielonego szlaku, a kierując się na żółty, można jeszcze zobaczyć Kaplicę Matki Boskiej Królowej Gorców, w której często odprawiał msze ks. Józef Tischner (do Łopusznej stąd dosłownie "z górki na pazurki").


Obok niej znajduje się polowy ołtarz z wyjątkowo ekumenicznym dachem ;)


A jeszcze dalej w dół, przy zielonym szlaku - ołtarz-pomnik poświęcony pamięci św. Maksymiliana Marii Kolbego.


Na dziś chyba już wystarczy opowieści o turystycznych atrakcjach okolicy - nie można wszakże opisać wszystkiego za jednym razem. O łapaniu Szwagropola w Nowym Targu rozpisywać się nie będę. Dodam tylko na koniec, że była to niewątpliwie niezwykle udana wycieczka.


PS. Niniejszy post zawdzięcza swą dzisiejszą publikację dwóm - jeśli mogę się tak wyrazić - czynnikom. Pierwszym była niewątpliwie Ciocia Irena i jej motywujący wpływ na moje pisarstwo mailowe, który zaowocował mocnym postanowieniem działania w myśl zasady "nie pójdę spać dopóki nie... (wstawić dowolną zaległość)" w miejsce "ok, jutro już na pewno się za to zabiorę" ;)

Drugim czynnikiem motywującym był powstały kilka dni temu pomysł wycieczki na... Turbacz!:) No przecież nie mogłam doprowadzić do takiej kumulacji zdjęć z tego niezwykle urokliwego miejsca - już teraz (co bardzo dobrze widać po objętości materiału ilustrującego niniejszy wpis) miałam problem z selekcją ;)

A zatem do następnego! Choć przed Turbaczem pojawią się pewnie jeszcze inne zaległości, którymi mam wielką ochotę się pochwalić:)

niedziela, 17 czerwca 2012

Nie bój się, robaczku

Jest kilka fragmentów Pisma Świętego, do których bardzo lubię wracać. To takie "dyżurne" wersety, służące w różnych sytuacjach i okolicznościach, z których pełnymi garściami czerpię siły i inspiracje.

Jest wśród nich jeden szczególnie szczególny, który zawsze wywołuje na mojej twarzy uśmiech i daje poczucie błogiego bezpieczeństwa. Podać namiar?
Iz 41,14 - zwłaszcza cztery pierwsze słowa. Wiecie jak brzmią? Zerknijcie do tytułu tego wpisu...




Po długich tygodniach zmagania się z wyzwaniami, które nieraz wydawały się ponad siły, powoli wychodzę na prostą. Oczywiście okazało się, że nie było się czego bać. Wystarczyło tylko uwierzyć! To niesamowite czuć teraz wewnętrzny spokój i ulgę, bez wyrzutów sumienia zrobić sobie wolny week&, wyskoczyć na rowerze do Tyńca i zrobić taaakie zdjęcie :)

Teraz już będzie lepiej! Wracam do regularnego pisania.
Na dobry początek wystarczy tyle;)

Śpijcie dobrze:)

PS. Dodaję małe robaczkowe uzupełnienie, ponieważ właśnie znalazłam bardzo adekwatne ku temu zdjęcie :)

sobota, 21 kwietnia 2012

KZWW

Jaka jest najdłuższa wieś w Polsce? Nie ma jednoznacznego stanowiska w tej kwestii. Jedni wskazują Zawoję, inni - Ochotnicę Dolną (obydwie w Małopolsce).

Która z polskich wsi jest zatem największa? W tym przypadku nie ma chyba żadnych wątpliwości. Największa wieś Polski jest położona na Mazowszu i nazywa się... Warszawa:)

Oj, już widzę groźne miny czytających te słowa miłośników miasta stołecznego, śpieszę więc ze sprostowaniem: to taki niewinny żarcik z mojej strony, dla którego inspiracją był czwartkowy koncert w krakowskiej(!) ;) Rotundzie.

Dla tych, którzy nie mieli możliwości posłuchania na żywo, krótki przegląd artystycznych dokonań jednego z moich ulubionych zespołów.

Panie, Panowie - Kapela ze Wsi Warszawa










poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Białe święta

Dziś na Podkarpaciu odnotowano niewielki opad śniegu. W godzinach popołudniowych trawniki i samochody pokryła delikatna biała posypka. Doszłam do wniosku, że to ostatni moment, by zaprezentować kilka nieupublicznionych wcześniej zimowych zdjęć. Wszak jutro ma być cieplej, a pojutrze - wiosna!

Żeby nie było niedomówień - zdjęcia zostały zrobione w Krakowie w połowie lutego. Święta to taki błogosławiony okres, kiedy człowiekowi przydarza się kilka wolnych chwil i możne sobie pozwolić na to, na co ciągle brakuje mu czasu... Czyli na przykład na ściągnięcie z aparatu niemalże archiwalnych już zdjęć ;)


Zimowy spacer po Krakowie zaczął się na Dębnikach...

... na bulwarze wiślanym w okolicach Mostu Dębnickiego...

... skąd rozciąga się piękny widok na (przymglony tutaj lekko) Salwator.

Wybierając odpowiedni moment można z Mostu Dębnickiego obejrzeć urokliwy zachód słońca nad zakolem Wisły.

Pomimo zakazu...

... podczas mrozów nie brakowało śmiałków, którzy podjęli wyzwanie chodzenia po wodzie i przebyli Wisłę w dogodnym dla nich miejscu, bez specjalnego sentymentu względem konwencjonalnych szlaków przeprawy przez rzekę ;)

Kraków jest miastem nie-do-końca portowym...

... co nie zmienia faktu, iż znalazło się kilka obiektów potencjalnie pływających...

... które utknęły w okowach lodu...

... zarówno mniejszych...

... jak i całkiem sporych, z tym że te akurat na stałe zakotwiczyły pod Wawelem.

Moja dalsza wędrówka, teraz już lewym brzegiem Wisły, wiodła właśnie u podnóża Wzgórza Wawelskiego...

... w kierunku Skałki...
(muszę dodać, że do tego zdjęcia żywię specjalny sentyment)

... z widokiem na zimową panoramę miasta - od Skałki do Bonarki
(czujne oko z pewnością wypatrzy ten ohydny świecący komin).

Ostatni rzut oka na wieczorne niebo w mroźnych barwach zimowego zachodu słońca...

... i chwila refleksji nad losem tych, których przestrzeń życiowa została w istotny sposób ograniczona.

Na koniec "Mewy, białe mewy..." (pozdrawiam wszystkich żeglarzy!)

... i jeden z najnowszych, a przy tym bardzo charakterystycznych elementów panoramy Krakowa - balon widokowy, który sprawiał wrażenie, jakby przymarzł do podłoża ;)

No dobrze. Uroczyście obiecuję koniec mroźnych zdjęć co najmniej do początków listopada ;)

Trzymajcie się ciepło!

piątek, 6 kwietnia 2012

Wielka Noc

Zanim rozpoczniemy świętowanie Wielkanocy musimy przejść przez wielką noc. Zanim w niedzielę Zmartwychwstania zawołamy radosne Alleluja musimy przejść przez tę ciemność, przez mrok, który ogarnął ziemię. Musimy zmierzyć się z utratą, rozgoryczeniem, poczuciem pustki, niemocy i osamotnienia.

Musimy przejść przez tę ciemność i doświadczyć jej, aby Światłość, która nadejdzie, w pełni ogarnęła nas swym blaskiem i rozpromieniła serca radością. Niech nie zabraknie nam wiary i nadziei, aby Zmartwychwstanie mogło stać się także naszym udziałem.

Odwagi w doświadczeniu ciemności i nadziei na Prawdziwą Światłość życzę Wam wszystkim, moi drodzy czytelnicy.

B.

PS. Do życzeń dołączam zdjęcie jakże niekonwencjonalnej kapliczki, znajdującej się przy ulicy Beskidzkiej w Korbielowie. Osobom obdarzonym sokolim(!) wzrokiem, posiadającym ponadto wyczulony zmysł teologiczny, polecam uważną analizę szczegółów... ;)


sobota, 10 marca 2012

Sezon ogórowy

Jeśli ktoś z grona szanownych czytelników przeczytał tytuł niniejszego wpisu jako "sezon ogórkowy", to zachęcam - niechaj powróci doń wzrokiem i przeczyta go raz jeszcze.

Co prawda można by rzec, że mam obecnie do czynienia z sezonem ogórkowym w ścisłym tego określenia znaczeniu. Przez prawie dwa tygodnie siedziałam w domu chora, a jak już wyzdrowiałam, to okazało się, że czeka na mnie pracapracapraca. Dużo pracy. Różnej, wymagającej sporych nakładów czasu.

A zatem chwilowo staram się jedynie sprostać wymaganiom codzienności, nie podejmując przy tym żadnych spektakularnych działań. Jak się nic ciekawego nie robi i nic się nie dzieje, to nie ma o czym pisać - mamy więc sezon ogórkowy jak znalazł.

Ale wracając do tematu w sensie dosłownym...

Ogóra nie należy mylić z ogórkiem. Ogór, jak powiadała moja Świętej Pamięci Babcia, to nic innego jak... cukinia! No właśnie. Ponieważ ostatnimi czasy moja kondycja zdrowotna skutecznie utrudniała spędzanie czasu poza domem, nie pozostawało mi w ramach aktywnej rozrywki nic innego, jak tylko krzątanie się po kuchni i dogadzanie sobie tym i owym.

W ramach tego krzątania się wzięłam na tapetę (a raczej na patelnię) cukinię, ponieważ mam do niej wielką słabość. I tak oto zrodził się pomysł, żeby podzielić się z Wami moimi cukiniowymi wariacjami.


Zupa krem z cukinii

Składniki (na ok. 4-5 porcji):
1 cebula (nie za mała)
1 marchewka
1 pietruszka
1/4 korzenia selera (jeśli jest mały to 1/2)
1 duża w porywach do 4 małych cukinii
1-2 ziemniaki lub 2 łyżki kaszy manny (do zagęszczenia)
oliwa

Przyprawy:
kurkuma
mieszanka curry
czarny pieprz
liść laurowy
bazylia
chili (opcjonalnie)

Strategia działania:

1. Cebulę podduszamy na oliwie z dodatkiem kurkumy i czarnego pieprzu.

2. Dorzucamy liść laurowy i drobno pokrojoną włoszczyznę, dusimy dalej (dusiciele!).

3. Dorzucamy cukinię, nie przestajemy dusić! (napięcie rośnie;)

4. Zalewamy wodą (najlepiej gorącą), doprowadzamy do wrzenia i gotujemy kilka minut - w wariancie z ziemniakami wrzucamy je od razu, pokrojone w kostkę.

5. Dodajemy czosnek i przyprawy - w wariancie z kaszą manną dorzucamy ją teraz - i gotujemy jeszcze przez ok. 2 minuty.

6. Odstawiamy do przestygnięcia.

7. Teraz najzabawniejszy etap w przyrządzaniu zupy - łowimy liścia laurowego (do 10 minut)

8. Miksujemy.

9. ... jemy :)


Makaron z cukinią i bazylią

Składniki: 
jak sama nazwa potrawy wskazuje - makaron - najlepiej jakiejś grubej frakcji; ja mam słabość do penne, więc umówmy się, że penne

a poza tym:
oliwa
czosnek
cukinia
jogurt naturalny
bazylia

Proporcji nie podaję, sami oceńcie, ile możecie zjeść.

Przygotowanie:


1. Na patelni rozgrzewamy oliwę, podsmażamy na niej czosnek - tak, aby po całym domu (i klatce schodowej) rozszedł się jego aromat, ale jednocześnie aby zanadto się nie przyrumienił.

2. Dorzucamy pokrojoną w kostki cukinię i smażymy na wolnym ogniu / na małym prądzie - w zależności od typu posiadanej kuchenki.

Uwaga 1: jeśli cukinia jest duża i wyrośnięta, to może być też gorzkawa w smaku. Aby uniknąć tej niedogodności można ok. 30 minut przed smażeniem posolić pokrojoną cukinię, odstawić, a następnie odcedzić - gwarantuję, że będzie z czego.

Uwaga 2: Młodą cukinię z powodzeniem można spożywać ze skórką. O tej porze roku, kiedy warzywa są pryskane nie-wiadomo-czym i zachowują świeżość przez kilka tygodni nie-wiadomo-jak rozsądnym wydaje się pozbawić cukinię owej skórki, a wraz z nią podstępnych, umiarkowanie spożywczych środków konserwujących.

3. Cukinia wymięka (na patelni, pod wpływem temperatury) - w między czasie można nastawić wodę na makaron.

4. Kiedy cukinia lekko zmięknie (uwaga, łatwo rozprażyć ją na papkę i wtedy nie prezentuje się już tak ładnie), doprawiamy ją bazylią, pieprzem i solą do smaku.

5. Dodajemy jogurt. Aby się nie ściął, można go poddać procesowi hartowania - tzn. wrzucić najpierw do jogurtu trochę gorącej cukinii i intensywnie zamieszać, a następnie wrzucić całość - bez kubka od jogurtu rzecz jasna - na patelnię.

6. Odcedzamy makaron (jeśli szybko i sprawnie poradziliśmy sobie z jogurtem, to właśnie zrobił się al dente). Pozostałe czynności są, mam nadzieję, na tyle oczywiste, że nie muszę ich opisywać.


Makaron z cukinią, szpinakiem i suszonymi pomidorami

Za przygotowanie tej potrawy zabieramy się w sposób analogiczny do przedstawionego powyżej. W sumie też sam pomysł jest wariacją opartą na poprzednim przepisie, powstałą na skutek ograniczonej ilości cukinii oraz nagłą koniecznością podwojenia ilości obiadu. No ale przejdźmy do konkretów...

Składniki:
makaron (jw.)
szpinak (świeży w liściach, albo mrożony - też najlepiej w liściach, nie rozdrobniony)
cukinia
suszone pomidory
kapary (opcjonalnie)
czosnek
bazylia
oregano
oliwa
świeżo starty parmezan lub ser kozi

Akcja:

1-3. Jak wyżej (pewnego sympatycznego popołudnia przechodząc do punktu czwartego powyższego przepisu zorientowałam się, że mam za mało cukinii i nastąpiła modyfikacja pierwotnego scenariusza).

4. Kiedy cukinia lekko zmięknie, dorzucamy szpinak - świeży musi się trochę rozprażyć, a mrożony - rozmrozić.

5. Dodajemy suszone pomidory (można je pokroić lub dodać w całości) i kapary.

6. Doprawiamy solą, pieprzem, czosnkiem, bazylią i oregano (można też dorzucić troszkę chili dla wyrazistości).

7. Posypujemy świeżo startym parmezanem lub kozim serem.


Leczo

Na koniec nie mogę oczywiście nie poruszyć tematu leczo. Jak wynika z mojego doświadczenia Warszawiacy, ale także i inne ludy północy, określają tym mianem potrawę z pomidorów i papryki. W moich rodzinnych stronach (a stamtąd stosunkowo blisko na Węgry, więc może coś jest na rzeczy) leczo to potrawa, której integralnym, aby nie powiedzieć - podstawowym składnikiem jest właśnie cukinia.

A zatem moi drodzy (param, param!) - leczo (w stylu podkarpackim):

Składniki:
1 duża cebula
3 białe papryki
2-3 pomidory
2-3 cukinie
czosnek (dużo)
oliwa
zioła: oregano, bazylia, tymianek, majeranek... i co tam się jeszcze na'winie

Strategia postępowania ze składnikami:

1. Cebulę drobno pokroić i zeszklić na oliwie (nie ma się co bawić z patelnią, najlepiej zrobić to od razu na dnie dużego garnka).

2. Paprykę pokroić na paski i dorzucić do cebuli, od czasu do czasu mieszając doprowadzić do względnej miękkości.

3. Cukinię pokroić w kostkę, dorzucić do cebuli i papryki, poddusić (można dodać troszkę wody, aby składniki nie przywierały do dna garnka).

4. Pomidory pokroić w kostkę, dorzucić do reszty, zagotować.

5. Doprawić przeciśniętym przez praskę czosnkiem i ziołami. Pogotować przez chwilę, po czym wyłączyć gaz / prąd pod garnkiem i zostawić - leczo najlepiej smakuje dnia następnego.

6. (Wegetarianie zamykają oczy)
Niektórzy mięsożercy dorzucają do tej potrawy pokrojoną w kostkę i lekko podsmażoną kiełbasę lub inną formę mięsną - np. schab - również podsmażony. Osobiście wolę chyba wersję bez zwierzęcia, ale szanuję inne poglądy ;)

Ależ się rozpisałam...
To może ja już skończę? ;)
Do następnego!
Papa

PS. Z cukinii można robić jeszcze placki a'la ziemniaczane a'le... nie pamiętam dokładnie przepisu. Madziu, jak mnie czytasz, to poratuj! To Twoja specjalność :)

niedziela, 12 lutego 2012

Dżuma i uprzedzenie

Zima nie odpuszcza i mój organizm (podobnie zresztą jak wiele innych organizmów) nie zdołał się uchronić przed złapaniem przeziębienia. Siedzę zatem w domu i ratuję się przewidzianymi na takie okoliczności domowymi metodami.

O leczniczych walorach domowej Malinówki pisałam mniej-więcej rok temu. Widać tak już mam, że w pierwszej połowie lutego coś mnie bierze.Tym razem podzielę się z Wami recepturą na napój imbirowy, który działa rewelacyjnie zarówno jako środek leczniczy, jak i prewencyjny. Smakuje wyśmienicie i ma tę przewagę nad Malinówką, że można po nim bezkarnie prowadzić pojazdy mechaniczne.

No ale do rzeczy...

Napój imbirowy
czyli jak się rozgrzać i uprzedzić - względnie pogonić - dżumę

Ingrediencje:
korzeń imbiru starty na drobne wiórki, w ilości ok. 1 łyżeczki do herbaty
takaż łyżeczka miodu
sok z cytryny (w ilości preferowanej i zależnej jednostkowo od możliwości osoby spożywającej)
sok z pomarańczy (może być całej, albo z połowy - w zależności od soczystości)

Strategia postępowania:
1. starty imbir wrzucić do standardowej wielkości kubka (0,5 l;)
2. zalać gorącą, ale nie-wrzącą wodą do ok. 3/4 objętości
3. odczekać 10-15 minut, po czym odcedzić napar
(albo nastawić się na cedzenie go przez zęby)
4. dodać miód, sok z cytryny i pomarańczy
5. rozmieszać do uzyskania roztworu jednolitej konsystencji
6. spożywać póki ciepłe